Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


28.11.2016

nowa inność już czeka we mnie


Anna Świrszczyńska - Nie dosięgniesz


W naszej kobiecej rozpaczy
tak wiele wstydu.
W naszej rozpuście
tak wiele śpiewu ptaków.
Twoje cierpienie
jest bezwstydne jak twoje ciało.
Krzyczysz
ze szczerością oseska. Wtedy
czuję dla ciebie pogardę.

Jednoznaczni i ociężali,
czy potraficie zrozumieć
te, których ciała są lekkie
jak wybuch śmiechu.
Wy nie znacie
elastycznego męstwa płomienia,
co w każdej chwili niszczy się,
aby odmienić.
To w nas jest jego sprężysta obfitość,
jego bogactwo.

Przy tobie
jestem inna, niż byłam przy innych,
od dziurki w nosie aż do pięty.
I nowa inność
już czeka we mnie.

Ale ty zabierzesz odchodząc
płytę z jedną tylko melodią
żałośnie zdartą.
Moje niebo miłosne
i miłosne piekło
kwitną wysoko. Nie dosięgniesz
nawet, by zniszczyć.



15.11.2016

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY 49


T.S. Eliot  - PIEŚŃ MIŁOSNA ALFREDA PRUFROCKA 

fragment

"Chodźmy więc, ty i ja, przed siebie,
W ten wieczór, rozciągnięty bezwładnie na niebie
Jak pacjent pod eterem na stole;
Chodźmy przez te uliczki, na wpół wyludnione,
Zapewniające mrukliwą osłonę
Bezsennym nocom w hotelach, gdzie płaci się od godziny,
I knajpach, gdzie pod nogą skorupy ostryg, trociny...
Uliczki, co się ciągną jak nudna dysputa,
W której adwersarz udaje, że słucha,
Po to, by cię przygwoździć, gdy zapyta o...
Nie pytaj: "O co zapyta?".
Chodźmy, przed nami wizyta. "

tłum. Stanisław Barańczak


Listopad. Trudno się chodzi, oddycha, żyje. Trudno się podejmuje decyzje. Schowana pod czapką, szalem, zaciskająca przedwcześnie odmrożone dłonie w zbyt cienkich rękawiczkach.
I są noce, gdy chciałoby się zamarznąć, zasnąć na szczycie góry. I są noce, gdy nawet mróz jest piękny, a światła nocnych autobusów przybierają ciepłą barwę. Nic nie jest takie samo jak wcześniej, jednego dnia nucisz, drugiego przebijasz głową mur. O szóstej rano, opakowana szczelnie ruszasz na podbój wtorku, środy,  potem czwartku. To czas ciepłych swetrów i mandarynek, czas czekoladowych świec i piosenek o przemijaniu.
Czas, gdy mgła nie pozwala ci zobaczyć największej pełni od 1948 roku, choć wracasz pieszo późnym wieczorem z nadzieją. W głowie brzmią frazy z Eliota, więc nie zamarzasz, nie zasypiasz na szczycie góry - maszerujesz chowając ręce w kieszeniach. 
Bo wiesz, że musisz być, tak jak kolejny wtorek, środa i czwartek. Jak kolejne listopady i grudnie. Jak kolejne zwrotki pieśni miłosnej. Więc wracasz. Do siebie.



11.11.2016

Hineni Hineni, I’m ready, my Lord


LEONARD COHEN 1934 - 2016


There’s a lover in the story
But the story’s still the same
There’s a lullaby for suffering
And a paradox to blame
But it’s written in the scriptures
And it’s not some idle claim
You want it darker

We kill the flame





07.11.2016

„Wciąż za mało na wiersz” – Magdalena Krytkowska „Szuflada świętej Anny”


„Poza kontekstem czasu/poddani próbie pamięci/tracimy znacznie” – pisze autorka w wierszu pt.: „Próba”, pisze nieco przewrotnie, ponieważ cały zbiór wierszy jest taką właśnie próbą utrwalenia obrazów, zapachów, refleksji; jest „przypominaniem” sobie i czytelnikom tych momentów, które mijają dla większości niezauważone. Dla większości, ale nie dla Magdaleny Korytkowskiej, która „pochyla się” nad nimi i z małych fragmentów, czasem migawek, czasem widokówek składa większy obraz.
Czas w tych wierszach odgrywa bardzo ważną rolę, z jednej strony pozwala usystematyzować urywki życia, z drugiej – staje się symbolem jego ulotności. Krytkowska w swojej książce często „godzi sprzeczności” zarówno na poziomie znaczeń, jak i na poziomie języka. Mamy więc „przyziemne niebo”, czy „ciszę przypominającą słowa” . Sporo w tej poezji gier słownych , choćby w wierszu „Niezapominajka” lub „Po”, są to jednak zabiegi poetyckie, dzięki którym, w tych – skromnych objętościowo - wierszach powstaje nowa przestrzeń, wydobywają się zupełnie nowe znaczenia, często przy pierwszej lekturze niezauważalne. Bardzo spójne w tej poezji jest połączenie treści z formą. Autorka między innymi poprzez językowe niuanse zwraca uwagę czytelnika na niedostrzegane detale codzienności. Piszę „między innymi” ponieważ jest tu również sporo metafor i symboli. W jednym z moich ulubionych wierszy z tego zbioru „Za zakrętem” poetka pisze:

samotna droga
wybiega na spotkanie
odpoczywających pół

na rozstajach strach
wypatruje wielkie oczy

Strach jako towarzyszące wyborowi (drogi) uczucie, a jednocześnie pola, więc nieuchronne skojarzenie ze strachem na wróble, choć przecież na rozstajach zwykle stoi kapliczka. I kolejny symbol czyli rozstajne drogi. Takie przykłady można by mnożyć.
Drugą – prócz czasu – ogromnie ważną płaszczyzną rozgrywania poezji Magdaleny Krytkowskiej jest natura. Zarówno natura ludzka, jak i przyroda, z którą podmiot liryczny jest nierozerwalnie związany; jest związany do tego stopnia, że natura go określa, uzasadnia jego istnienie. Odnoszę wrażenie, że to nie poza kontekstem czasu tracimy znaczenie, ale poza kontekstem miejsca, a każdy z wierszy jest próbą opisania tego miejsca, uświadomienia czytelnikowi, jak ważne jest ono dla podmiotu lirycznego.

Nie bez powodu na tytuł tej recenzji wybrałam fragment wiersza „Słowa na jesień” , ponieważ właśnie w tym tekście pojawia się refleksja, że wszelkie próby „zapamiętania słowami” to wciąż zbyt mało na wiersz. Być może dlatego wiersze w „Szufladzie świętej Anny” są tak krótkie, tak skondensowane, bo jeśli wszelkie próby opisu nie zaowocują wierszem, to długość tego opisu nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Ta kondensacja treści powoduje, że po pierwszej lekturze powstaje chęć ponownego wczytania się, sprawdzenia, czy aby na pewno nic nie umknęło, czy przez przypadek czytelnik nie „prześliznął” się jedynie po powierzchni nie zanurzając nawet stopy?
Napisałam o kontekście czasu i kontekście miejsca, które są istotne, dlatego, że tak naprawdę ten tom jest swego rodzaju kroniką przemijania. Prócz zatrzymanych w kadrach obrazów, są też wspomnienia tak samo istotne jak rzeczywistość. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że wspomnienia są częścią tej poetyckiej rzeczywistości.

Ten tom jest kroniką przemijania, ale Krytkowska nie tworzy sielankowych obrazów, są to nierzadko refleksje gorzkie, pozbawione złudzeń, a jednak pełne nadziei. Ten rodzaj pogodzenia podmiotu lirycznego z rzeczywistością sprawia, że zdając sobie sprawę z nieuchronności zdarzeń i tymczasowości rzeczy w pewnym momencie dociera do nas, że ta tymczasowość może być tylko umowna, że poza tym, czego – dzięki Krytkowskiej – dotykamy i w czym bierzemy udział, jest jeszcze owo „coś” poza granicą, poza „cierpkim fioletem”. Poetka tego „czegoś” nie precyzuje, nie dopowiada, zaledwie sygnalizuje możliwość istnienia, do czytelnika należy ostateczne rozstrzygnięcie tej kwestii., bo przecież „nie przeniknę szyby/zaparowanej/różnicą temperatur” ( wiersz „bez widoków”). Wspomniałam, że autorka z małych obrazków tworzy obraz, a właściwie kolaż, Początkowo ten tom kojarzył mi się z układaniem puzzli, ale po kolejnej lekturze uznałam, że właśnie kolaż będzie najlepszym określeniem, ponieważ te wiersze są również bardzo „barwne”, mnóstwo tu kolorów, każda rzecz, każdy pejzaż ba, nawet każda myśl ma swoją barwę. Niebieska włóczka, jak w wierszu „Szuflada świętej anny”, przysłany wiersz o błękitnych skarpetkach i nagle orientujemy się, dlaczego tytuł wiersza stał się tytułem książki.

„doceniam ciepło słów/ w chłodne wieczory otwieram szufladę/ jestem w Betlejem” – w tym wierszu najbardziej widoczna jest owa nadzieja, owo „coś”, ciepło słów czyli swoista modlitwa, bo u Krytkowskiej wszystko może być modlitwą: rozmowa z samym sobą, z kimś, kto dawno odszedł, a jednak żyje w pamięci, która sprawia, że nadal jest obecny; wreszcie szczególnego rodzaju „rozmowa” z naturą, poprzez pozbawione idealizowania obcowanie z nią, takie zwyczajne, codziennie, a jednak w jakiś sposób celebrowane. Poetka tę codzienność celebruje poprzez poświęcanie jej uwagi, poprzez to „pochylanie się” nad detalami.  Poza tym wszystkim, w poezji autorki uderza duża doza – miejscami nieco smutnego - poczucia humoru i autoironii, które sprawiają, że czytelnik ma możliwość zachowania pewnego dystansu. Ten dystans jednak nie powoduje dylematu, czy poetka mówi serio, czy próbuje sobie z czytelnika zażartować, bo nawet jeśli takie próby są, to stoi za nimi powaga rzeczy. I to jest właśnie „godzenie sprzeczności” na wielu poziomach, gdzie antagonizmy stają nagle w przedziwny sposób kompatybilne., co najlepiej obrazuje wiersz pt.: „podróżnie”

każdego dnia odnajduję we wschodach
niepokój odkrywcy
w zachodach cierpliwość wędrowca

poznaję jak prawdziwe jest to
co się nie wydarzyło




Magdalena Gałkowska

04.11.2016

wiersz na wkurwie

z reguły nie piszę wierszy "zaangażowanych", ale są granice.

cztery tysie

isnpired by Kazik

wstałam dziś jak zwykle o 5.15
z ponurym wyrazem na zaspanej kaście
włączyłam wiadomości, a tu co się dzieje?
naczelna konduktorka i konus szaleją.
płacić chcą niewiastom, gdy urodzą tego,
który się był począł z czynu lubieżnego.
ja codziennie gwałcę poezję współczesną,
a za moje cierpienie zapłacić mi nie chcą.

Beata, dawaj moje cztery tysie.
Beata, dawaj moje cztery tysie.
Beata, dawaj moje cztery tysie.
Beata, dawaj moje cztery tysie.

Krzyczy opozycja, drą się feministki
już trudno rozróżnić kto wydaje piski,
redaktory w radiu nie wiedzą do rzec
a tymczasem w sejmie trwa już gruby wiec.
poparli, uchwalili, a ja tutaj z wersem
walczę jak młoda matka z obsranym pampersem.
i w pocie czoła tworzę i po rymów porcji
staram się nie dokonać na wierszu aborcji.


Beata, dawaj moje cztery tysie.
Beata, dawaj moje cztery tysie.
Beata, dawaj moje cztery tysie.
Beata, dawaj moje cztery tysie.

ty kodowcu, co się buntujesz w weekendy
weź nas pod uwagę, nie dla czczej gawędy
to piszę, ale w trosce o dobro poety,
co przymiera głodem, dopalając pety,
dojadając kanapki po korpo menedżment,
już sprzedał po babci przechodzony segment,
poświęca się dla sztuki, żyły se wypruwa,
gdy Seba z pod garażu bezkarnie posuwa.

obiecałaś Beata hajs za donoszenie,
a ja noszę w sobie egzystencji drżenie
co mi przenika członki, dociera do mózgu,
a tam się wybija pod postacią bluzgów.
Beata, sama sobie donoś, co poczynasz,
a poecie zapłać, to jakoś wytrzyma
ten klimat idealnie jak z Monty Pythona,
zawsze ci zostaje jeszcze lobotomia.


Beata, dawaj moje cztery tysie.
Beata, dawaj moje cztery tysie.





03.11.2016

trzy wiersze na jesień



Robert Lowell - Egzorcyzm

I

Jesteśmy tym, co kochamy. Gdy Listopad
porannym szronem zastyga, maleję;
weselny szał powoli obnaża białe zęby,
w niewidzialnej paradując kolczudze —
zieleń w jałowość się przeistacza,
w szary krajobraz Nowej Anglii.
Wskazujesz palcem: Jesteś tym, co kochasz:
Wiem, co to dla kobiety być opuszczoną,
czekać w przedsionku lęku:
Na ile jestem kochana, na tyle jestem —
kobieta uromantycznia swego egzorcystę,
dwie dusze w kokonie tajemnicy.
Twa kobieta tańczy dla ciebie, z dzieckiem na ręku,
tańczy dla ciebie, Dziecko-Czaszka-Uśmiech.

II

Dziś rano, jak w domu w Bostonie, śnieg,
czyste czary-koszmary zim z przedszkola;
me okno bieli się jak ekran w kinie,
oślepiające, poplamione, wyklucza wszelki inny widok —
mogę rzucić co chcę na ten pusty ekran,
ale i tak pokaże tylko to co już wybrane:
Melodramat, ona na szpilkach,
tańczy postrzałowe rany na parkiecie.
Me słowa są angielskie, lecz wątek zaczarowany:
jeden mężczyzna, dwie kobiety, zwykły powieściowy wątek.
Jesteś tym, co kochasz...
Nie możesz nosić talentu z sobą jak walizki
Nie waż się przesłać nam miłości, której życie ci odmawia;
czy ty naprawdę wiesz, co zrobiłeś?

tłum. Bolesław Taborski



Frank O'Hara - Moje serce

Nie będę płakał na okrągło
ani się na okrągło śmiał,
nie lubię bardziej jednego "tonu" od drugiego.
Chciałabym mieć bezpośredniość kiepskiego filmu,
nie tylko niekasowego gniota,lecz również
zapowiadanego z pompą supergiganta.Chcę być
przynajmniej tak żywy jak ten brud. A jeśli
jakiś miłośnik mojego bałaganu powie "To wcale
nie przypomina Franka!",tym lepiej!Czy
noszę tylko ubrania szare i brązowe?
Nie.Do opery wkładam robocze koszule,
często.Chcę chodzić na bosaka,
chcę być ogolony,a moje serce-
nie można polegać na sercu,ale
ta jego lepsza część, moja poezja, jest otwarta.

[1 listopada 1955]

tłum. Piotr Sommer



T.S. Eliot - Wydrążeni ludzie

Pan Kurtz- on umrzeć
"A penny for the Old Guy"

I

My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma
Nie znaczy nic nasza mowa
Kiedy do siebie szepczemy
Głos nasz jak suchej trawy
Przez którą wiatr dmie
Jak chrobot szczurzej łapy na rozbitym szkle
W suchej naszej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchu.

A którzy przekroczyli tamten próg
I oczy mając weszli w drugie królestwo śmierci
Nie wspomną naszych biednych i gwałtownych dusz
Wspomną, jeżeli wspomną,
Wydrążonych ludzi
Chochołowych ludzi.

II

Oczu napotkać nie śmiem w moich snach
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukarzą:
Tam na złamanej kolumnie
Oczami będzie blask słońca
Tam tylko chwieją się drzewa
I głosy, kiedy wiatr śpiewa,
Są dalsze i uroczyste
Niż gwiazda blednąca.

I obcym nie był bliżej
W sennym królestwie śmierci
Niechaj jak inni noszę
Takie umyślne przebranie
Patyki stracha na polu
Szczurzą sierść, pióra wronie
Niechaj jak wiatr wieję się skłonię
Nie bliżej -

Niech ostatecznie ominie spotkanie
W królestwie ni światła ni cienia

III

Tutaj kraina nieżywa
Kraina kaktusowa
Tu hodują kamienie
Obrazy, ich łaski wzywa
Dłoń umarłego błagalnie wzniesiona
Pod migotem gwiazdy blednącej.

Czy tak samo jest tam
W drugim królestwie śmierci
Czy budzimy się zupełnie sami
W godzinę kiedy wszystko w nas
Jest czułością i czystymi łzami
Usta chcą pocałunku
A modłą się do złamanego kamienia.

IV

Nie tu są oczy
Nie ma tu oczu
W tej dolinie umierających gwiazd
W tej wydrążonej dolinie
Złamanej szczęce naszych utraconych królestw

W tym ostatnim miejscu spotkania
Na oślep szukamy
Nieufni i niemi
Na żwirach zgromadzeni pod opuchłą rzeką

Na zawsze niewidomi
Bo nie ukażą się oczy
Gwiazda nieustająca
Wielolistna róża
Królestwa śmierci bez świateł ni cienia
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

V

Więc okrążajmy kaktus nasz
Kaktus nasz kaktus nasz
Więc okrążajmy kaktus nasz
O piątej godzinie rano

Pomiędzy ideę
I rzeczywistość
Pomiędzy zamiar
I dokonanie
Pada Cień

Albowiem Tuum est Regnum

Pomiędzy koncepcję
I kreację
Pomiędzy wzruszenie
I odczucie
Pada Cień

A życie jest bardzo długie

Pomiędzy pożądanie
I miłosny spazm
Pomiędzy potencjalność
I egzystencję
Pomiędzy esencję
I owoc jej
Pada Cień

Albowiem Tuum est Regnum

Albowiem Tuum est
Życie jest
Albowiem Tuum est
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat

Nie hukiem ale skomleniem.

tłum. Czesław Miłosz



26.10.2016

I've got to use my imagination


Usłyszałam ten utwór w radiowej Trójce jakiś czas temu i pomyślałam, że fajny kawałek, nawet miałam go odnaleźć, ale jakoś wyleciało mi z głowy. Dzisiaj wracając z pracy, z Trójką w słuchawkach rzecz jasna, usłyszałam kolejny raz i już ze mną został.
Znacie ten stan, gdy jakiś utwór tak Was "weźmie", że słuchacie kilka razy pod rząd? :)
Najpierw pomyślałam, że mógłby go zaśpiewać Neil Young, to było pierwsze skojarzenie, a na pewno to mój powrót do muzyki, którą pamiętam "z domu". To zdecydowanie klimaty mojego ojca, a ja słuchałam tego, czego on słuchał. Potem znalazłam "swoją" muzykę, ale od pewnego czasu, tamte dźwięki do mnie wracają i odnajduję je u współczesnych wykonawców.
A może po prostu się starzeję? :) W każdym razie takie starzenie się bardzo lubię :)



Niebawem płyta.
Miłego słuchania.