Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


05.10.2009

SOLISTKI - JOANNA MUELLER

Joanna Mueller – ur. w 1979 roku w Pile. Obecnie mieszka w Warszawie.
Tutaj pisze doktorat z utopii językowych we współczesnej poezji, uczy studentów poetyki i teorii literatury, a w wolnych godzinach wiedzie klerkowskie życie korektora.
Bywa krytykiem i mącicielem, co uskuteczniała dotąd na łamach m.in. „Studium”, „FA-artu”, „Twórczości”, „Pograniczy”, „Tekstów Drugich”, a także – jako redaktor – „LiteRacji”.
Wydała dwa tomy poetyckie: Somnambóle fantomowe (Kraków 2003) oraz Zagniazdowniki/Gniazdowniki (Kraków 2007). Współredagowała Antologię Poezji Kobiet"Solistki"(Warszawa 2009)
Przedstawicielka praskiej szkoły przeżycia oraz jednoosobowego nurtu zwanego archelingwizmem.

Z Joanną Mueller o Solistkach, kobietach i poezji w ogóle rozmawia Magda Gałkowska.

MG: Joanno jesteś jedną z redaktorek i jednocześnie autorką, której wiersze znalazły się w Antologii Poezji Kobiet 1989-2009 SOLISTKI. W posłowiu wspomnianej antologii piszesz m.in. ze uzupełnia ona obraz poezji ostatnich lat o twórczość konsekwentnie pomijaną w publikacjach krytycznych i antologicznych. Czy to właśnie owo "konsekwentne pomijanie" skłoniło Cię do podjęcia się współredagowania tej pozycji i zamieszczenia swoich wierszy, czy miały na Twoją decyzję wpływ także inne czynniki?

JM: O nie, uchowaj Boże, w moim wypadku ta antologia z pewnością nie zaczęła się od uświadomienia sobie owego "konsekwentnego pomijania" poezji kobiet w antologiach (i w innych sytuacjach), to raczej "działka" Justyny i Marysi. Zdanie, które cytujesz, wypowiadam wprawdzie w posłowiu, ale to był raczej nasz "trójgłos" niż moje osobiste "trzy grosze w sprawie antologii". Dla mnie praca nad tą książką zaczęła się raczej od wahania: czy warto taką antologię wydawać, czy nie okaże się ona tylko i wyłącznie "gestem" (feministycznym, politycznym, socjologicznym etc.), a nie faktem tekstowym (czyli po prostu dobrą, ciekawą książką do czytania). Bałam się też, że skład redakcyjny, który zaproponowała Beata Gula, rozpadnie się przy pierwszej okazji, bo jesteśmy - Justyna, Maria i ja - zupełnie inne; ale i tym razem Beata okazała się dobrą animatorką i wydawcą, bo przewidziała, że uda się nam "nie pozabijać", a nasza różność zaowocuje też różnorodnością wybranych solistek i ich tekstów.
A co do istoty Twojego pytania - ja nie wiem, czy poetki są konsekwentnie pomijane w obiegu literackim i krytycznoliterackim. Nigdy tego nie poczułam na własnej skórze (a jak nie czuję tego na własnej skórze, to trudno mi to odczuć w ogóle) - miałam raczej wrażenie, że jeżeli coś jest pomijane, to rodzaj języka poetyckiego, jakim się posługuję - ale nie tylko konkretnie tego mojego języka, lecz (i to było moje główne pytanie do tej antologii, stawka, o którą w niej grałam, coś, co mnie w niej najbardziej ciekawiło) w ogóle JĘZYKA POEZJI PISANEJ PRZEZ KOBIETY. Mam wrażenie - i będę się tego trzymać, wbrew negatywnym recenzjom, jakie się do tej pory ukazały (Marcina Sendeckiego i Justyny Sobolewskiej) - że współczesna polska poezja kobiet mówi innym językiem niż rówieśna jej poezja mężczyzn - i wierzę, że ta antologia choć w małym stopniu to pokazała. Na czym polega ta inność, to trudno powiedzieć, sama jeszcze nie umiałabym tego scharakteryzować, mam nadzieję, że znajdzie się krytyk/krytyczka, którzy to opiszą (w odniesieniu do naszej antologii albo i nie).

MG: Właśnie. Pojawiły się zarzuty, że Solistki tworzą sztuczne podziały, że tak naprawdę "wiersz nie ma płci". Jakim więc językiem mówi poezja kobiet? Czy potrafiłabyś sprecyzować, nazwać ten język? Czym różni się on Twoim zdaniem od poezji pisanej przez mężczyzn?

JM: To trudne pytanie, a jeszcze trudniej sformułować krótką i w miarę przyswajalną odpowiedź, ale skoro piwo nawarzone, to trzeba je wypić. Recenzenci antologii, głównie Karol Maliszewski, upierali się, że wiersz nie ma płci, co nie przeszkadzało im w tym samym niemal zdaniu twierdzić, że w naszej antologii zostały zebrane wiersze kobiet (a więc jednak kogoś, kto ma płeć, nie?). Ale nie czepiajmy się logiki zdań.
Chodzi o to, że ja oczywiście poniekąd przyznaję rację Maliszewskiemu - można, jak Wojaczek, będąc "metrykalnie" facetem, pisać wiersze "płciowo kobiece" - to jest konstrukt, konstrukt świetny, w wykonaniu Wojaczka niepodrabialny - ale to jedna kwestia (i to też nie jest kwestia tak jednoznaczna, jak to prezentuje Karol; świetnie pisał o tym Wojaczku-kobiecie Tadeusz Komendant, odsyłam, bo warto).
Druga sprawa - można, również jako metrykalny facet, pisać wiersze w jakiś sposób "miękkie", "sentymentalne","powłóczyste", czyli takie, jakie nam się kojarzą z "poezją kobiecą" (w złym tego słowa znaczeniu). Takich poetów "kobiecych" jest w poezji od groma - nie będę tu wyliczać przykładów negatywnych, choć mogłabym je mnożyć i mnożyć. Powiem raczej o dwóch przykładach pozytywnych (i to bardzo, w moim pojęciu) - niektóre wiersze np. Dariusza Sośnickiego czy Bartka Majzla dosyć świadomie rezygnują z "twardej męskości" na rzecz języka, którego metaforyka, topika, stylistyka mogą być uznane za cechy kobiece (przy czym poeci ci,
inaczej niż Wojaczek, nie posługują się "żeńskimi końcówkami", oni wciąż konsekwentnie używają form "ja męskiego", choć otwierają je na drugi głos - "głos kobiecy"). Może być jeszcze inna, trzecia sytuacja - kobiety, które uparcie podszywają się pod "stylistykę męską" - dialogują z facetami, często próbują ich w jakichś sposób "przekrzyczeć", "przegłosować", powiedzieć coś silniej i drapieżniej niż ich koledzy po piórze. Takie poetki - z naszej antologii chociażby Kamila Janiak, Marta Podgórnik, Iza Smolarek, Agnieszka Mirahina (by wymienić głosy najbardziej wyraźne) - świadomie wchodzą w konstrukt "męskiego głosu", niekoniecznie nawet stosując "męskie końcówki", choć i to się zdarza.
Jeszcze inaczej jest w wierszach świadomie mieszanych, gdzie głosy żeńskie i męskie ze sobą dialogują i nie jesteśmy w stanie połapać się, jaką płeć ma podmiot mówiący - to bardzo ciekawie pokazują teksty Samanthy Kitsch (której istnienie nie tylko tekstowe jest bardzo problematyczne, bo tak na sto procent nikt nie wie, kim realnie jest osoba posługująca się tym pseudonimem), ale takie zmieszanie głosów (a przez to i płci) można spotkać chyba u każdego dobrego poety i każdej dobrej poetki. Mnie samą na przykład najbardziej taka właśnie dialogowość, wielogłosowość interesuje, cieszy mnie, gdy wiersz wymyka się monotonnej monologiczności.
Ale wymieniłam tu sytuacje, które są jakby wyjątkami od tezy, według której poezja kobieca mówi jakimś własnym, osobnym, niepodrabialnym głosem, głosem, który - jak napisałam w blurbie - chciałby się wybić na niepodległość, w czym ma mu choć odrobinę pomóc nasza antologia. Tak naprawdę, to najbardziej bym chciała, żeby czytelnicy sami - po przeczytaniu tej książki - ocenili, czy ta poezja w jakiś sposób mówi inaczej niż poezja męska (inaczej, ale równie dobrze, a częstokroć - w konkretnych przypadkach - ciekawiej, lepiej), żeby sami zobaczyli jej osobność, odrębność. Mnie zdumiała zacięta odwaga, z jaką poetki uprawiają swoje wyobraźniowe poletka (i już mamy metaforykę "roślinną", bliską poetkom) - to że one niekiedy pozwalają swoim poetyckim "ogrodom nieplewionym" zarastać rejony zupełnie ryzykowne, takie, na które rzadko zapuszczają się poeci - taki zachwyt wywołały we mnie wiersze przede wszystkim dwóch "czarownic języka": Justyny Bargielskiej i Bianki Rolando. One stworzyły światy, które są totalnie wyrzucone "poza elipsę" (jak ująłby to Stachura), tam, gdzie widać "całą jaskrawość", ale jednocześnie mówią swoim magicznym, "wieszczkowym" językiem bardzo wiele o codzienności - to daje niesamowity koktajl, czegoś takiego nie znalazłam jeszcze w wierszach żadnego współczesnego poety. Mam nadzieję, że Bianka i Justyna (i oczywiście inne wieszczki) zaistnieją bardziej w krajobrazie poezji współczesnej, że zostaną docenione mocniej, niż są do tej pory - takiemu promowaniu ma również służyć nasza książka.

MG: Skoro rozmawiamy o języku: Twoja poezja kojarzona jest z neolingwizmem, Ty sama wolisz nazywać się „archelingwistką” wyjaśnij więc co rozumiesz pod tym pojęciem? Używając Twojego określenia: a w jakich rejonach Ty „uprawiasz swoje wyobraźniowe poletko”?

JM: Nieustannie mnie zdumiewa, jaką karierę mogą zrobić niektóre terminy, nawet (a może zwłaszcza) te, które się "rzuca na rybkę", trochę dla śmiechu, jako przynętę. Tak było z "neolingwizmem", ale widzę, że i mój - raczej żartobliwie niż na serio ukuty - termin "archelingwizm" działa, skoro wciąż jestem o niego wypytywana i za jego pomocą opisywana. Archelingwizm wymyśliłam właściwie na użytek konkretnego tomiku, czyli "Zagniazdowników" - to był tomik, który wyrósł z „zakażenia staropolszczyzną", taki, w którym świadomie wykonywałam różne gesty wstecz, do "arche". I to było zarówno zejście do "arche" języka (stąd archelingwizm), w prajęzyki, w dawną polszczyznę, jak i - może najbardziej - zejście w głąb mojej własnej historii, do mojego dzieciństwa, ale też do tych takich głębi prenatalnych, które wiązały się z tym, że przecież jest to tomik mówiący głównie o doświadczeniu brzemienności, a potem rodzenia dziecka, konkretnego dziecka, mojej córki. Myślę, że ten archelingwizm jakoś się - jako projekt - sprawdził, ale również wygasł, wraz z napisaniem i wydaniem tomiku.
Ja w ogóle tak mam, że myślę jakimiś takimi "projektami", "metaforami organizującymi". Kiedyś miałam anamorfozę, i wszystko, co robiłam, zarówno jako krytyczka, jak i poetka, było tej naczelnej metaforze podporządkowane. Potem miałam archelingwizm. Teraz z kolei mogłabym przyznać się do czegoś, co nazywam "stratygrafią" (coś bardzo bliskiego anamorfozie, ale jednak troszkę innego) - pisanie stratą, ale też zrywanie jakichś warstw (stratum to warstwa), tak z języka, jak i z własnej historii i osobowości. Ze stratygrafią zaś łączą się "wylinki" - i w te sposób właściwie nieco przedwcześnie zdradzam istotę dwóch książek, nad którymi pracuję, a które - przy dobrych wiatrach - może ujrzą światło dziennie w przyszłym roku.

MG: Posługujesz się językiem w sposób śmiały, a jednocześnie bardzo świadomy. Czy jest coś, na co byś sobie w poezji nie pozwoliła?

JM: Ha! To ci pytanie! Łatwiej byłoby mi odpowiedzieć, czego się w poezji boję, niż na co bym sobie nie pozwoliła. Ale spróbuję. To poniekąd dotyczy również "pisania jako kobieta", starałam się o tym troszkę powiedzieć w naszym posłowiu do antologii, ale może nie było to zbyt jasne. Zresztą może jest to raczej kwestia mojej konstrukcji psychicznej niż jakaś ogólna kwestia. Tak czy inaczej - kiedy piszę, ale też kiedy żyję (rozmawiam, spotykam się, współpracuję, polemizuję, kocham), zawsze podświadomie mam obawę przed odbiorem, przed tym, jak odbierze, to co mówię albo piszę (albo jak żyję), mój rozmówca, słuchacz, czytelnik, przyjaciel itd. To jest takie neurotyczne powichrowanie, bardzo ładnie opisane przez Karen Horney - to że neurotyk zawsze niesamowicie boi się odbioru. I teraz w przełożeniu na wiersze - ja mam tak, że moje pisanie wzięło się z komplikacji komunikacyjnych z ludźmi, ono wciąż żywi się nieporozumieniami, przejęzyczeniami, niedogadaniami... Ty nazywasz to świadomością języka - oczywiście, ja się tej świadomości nie wypieram, ale upieram się też przy tym, że wiele moich językowych dziwactw bierze się z intuicji, z niewiedzy, a czasem po prostu z takiej dziecinnie upartej ciekawości. No więc - ta ciągła obawa w związku z wierszem polega na przykład na tym, że boję się napisać coś zbyt sentymentalnie, zbyt po prostu, zbyt banalnie, ckliwie, cukierkowo itd. Mam w sobie takiego przekornego przedrzeźniacza, który zawsze spróbuje coś w słowie zepsuć (żeby naprawić), wykrzywić (żeby naprostować), zranić (żeby uleczyć) itd. Czasem sobie myślę, że może nie potrzeba aż tak bardzo wszystkiego przejęzyczać - i myślę, że z biegiem czasu, na przykład w przygotowywanej książce, pozwalam sobie (chociaż z wielkim strachem) na dużo czułości (kiedy układałam wiersze w jaką taką całość książkową, zdumiało mnie, ile razy nieświadomie powtórzyłam w nich słowo "czułość"!), na o wiele więcej prostoty niż dawniej.
Znowu trochę odjechałam w meandry, a przecież pytanie było o coś, na co bym sobie w wierszu nie pozwoliła. Mam nadzieję, że nie pozwalam sobie w wierszu na monotonię i na jednogłos, mam nadzieję, że nawet jeśli pokazuję jakieś swoje stanowiska ideologiczne, to nie robię tego w sposób dydaktyczny, staram się nie pozwalać sobie na zbytnią intertekstowość, bo wiem, że z takimi wycieczkami w cudzosłowność przegięłam w moim debiucie, i nie chcę tego powtarzać. Nie pozwalam sobie na zbyt bezpośrednie, ekshibicjonistyczne odsłonięcie siebie – a raczej odsłaniam się bardzo, ale w takim specjalny, zaszyfrowany sposób, który czytelnicy nieuprzedzeni na pewno będą potrafili "rozgryźć". Nie pozwalam sobie też na rzeczy, których nie lubię w poezji innych - ale to jest już inny temat, więc nie będę go teraz poruszać.

MG: Rozmawiamy o poezji tworzonej przez kobiety więc muszę zapytać, nawiązując przy okazji do Twojej poprzedniej wypowiedzi, czy jest coś, co Ciebie osobiście w poezji kobiet razi?

JM: Hmm, myślę, że to, co mnie w poezji razi, dotyczy zarówno poezji mężczyzn, jak i kobiet. A może nawet bardziej mężczyzn niż kobiet. Jak czytam najnowszą polską poezję, to poraża mnie, jak mało jest w niej oryginalności, takiej chęci powiedzenia czegoś własnym głosem. A jeśli nawet są próby wybicia się na oryginalność, to często to się niestety kończy fajerwerkami, taką swoistą "slamowością" tekstu, który w pierwszym odbiorze bardzo się rzuca w oczy albo w uszy, ale już przy drugiej lekturze okazuje się pustą, choć jaskrawą wydmuszką. Mało jest takiej oryginalności, która by coś naprawdę i na dłużej zmieniała w języku, w poezji, a przez to też w naszym odbieraniu rzeczywistości. Poezja za mało ryzykuje, za bardzo obraca się w dobrze sobie znanych, oswojonych kręgach. Jest pod wpływem czegoś, co sobie nazwałam "kserotoniną" - poeci kserują nawzajem swoje wiersze, a to im daje takie milusie, ale mało wartościowe uczucie spełnienia i przyjemności, jak serotonina. To dotyczy zarówno poezji kobiecej, jak i męskiej, choć mam wrażenie, że bardziej męskiej, bo poeci-faceci częściej się grupują, częściej wypracowują jakiś rodzaj wspólnego języka poetyckiego, uprawiają - mówiąc słowami Marysi Cyranowicz - "omamizm wspólnotowy".
Kobiety raczej nie występują grupkami, piszą gdzieś tam w swoich domowych pieleszach, rzadko kiedy dają się wciągać w gry wspólnotowe. I to może chronić je w jakiś sposób przed "towarzyskością" wierszy, przed pisaniem podług jakiegoś wspólnego modelu, choć w jakiś sposób może je z drugiej strony skazywać na "mówienie w próżnię". I tutaj może tkwić niebezpieczeństwo, którego dotyczy Twoje pytanie. Kobiety piszące czasem nie potrafią przejrzeć się w cudzym wierszu, ufają tylko własnemu językowi - i niekiedy to się kończy nie tyle solipsyzmem, ile powielaniem nieuświadomionych klisz poetyckich. I to się niestety zdarza nawet takim poetkom, które potem - z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów - są kreowane na wielkie odkrycia, czasem chyba tylko dlatego, że według niektórych krytyków są taki "kobiece", "delikatne" i "nadwrażliwe", że ładnie się prezentują na tle autotematycznej, intertekstualnej, "sonetowej" i egocentrycznej poezji pisanej przez mężczyzn (oczywiście upraszczam, ale czasem mam wrażenie, że tak to właśnie wygląda). Trochę więc to jest tak, że z jednej strony mamy zagrożenie świadomego powielania modeli poetyckich (to jest to kserowanie siebie nawzajem ze świadomością, że fajnie i modnie jest napisać coś tak, jak już ktoś przede mną napisał, ale – oczywiście w założeniu danego autora - lepiej; to byłoby to "wzajemne klepanie się po wierszach", o którym mówiłam w posłowiu "Solistek"), a z drugiej strony mamy nieświadomość całej palety schematów, które tylko dlatego możemy powielić w swoim wierszu, że o nich nie wiemy. Takich nieświadomych powieleń w poezji kobiet jest niestety sporo, a nasza książka jest też między innymi po to, żeby kobiety zaczęły czytać siebie nawzajem, żeby poznawały swoje wiersze, żeby unikały pewnych sentymentalizmów, łzawości, sztampy etc. Mam nadzieję, że to się nie skończy "kobiecym omamizmem wspólnotowym", że się teraz nie rozkręci jakaś towarzyska babska "wspólnomowa", bo to by było straszne ;)))

MG: Cieszę się, że poruszyłaś temat "powielacza" świadomego czy nieświadomego. Ja to na własny użytek nazywam "kserówką" i odnoszę wrażenie, że tutaj sporo szkody wyrządzają twórcom i poezji internetowe portale poetyckie, że tam właśnie wpada się taką pułapkę pisania, tzw "dykcję portalową". Jak postrzegasz takie miejsca? Czy Twoim zdaniem portale poetyckie to miejsca, gdzie można się czegoś o pisaniu nauczyć?

JM: Od razu powiem - mam poczucie, że początkujących autorów można nie tyle nauczyć pisania (bo do tego albo ma się talent, albo nie), ile można ich oduczyć pewnych podstawowych błędów, które zawsze się popełnia, kiedy zaczynamy pisać. Dlatego bardzo cenię wszelkie warsztaty pisarskie, zawsze chętnie w nich uczestniczyłam, najpierw jako ucząca się, a potem jako ucząca innych, młodszych. Zresztą słowo "uczyć" jest tu trochę nie na miejscu - takie warsztaty to raczej dyskusja na równych prawach o wierszach uczestników, wzajemne interpretacje oraz garść użytecznych "porad" z poetyki, stylistyki etc. (mam wrażenie, że szkoła tego ludzi nie uczy; kiedy prowadziłam zajęcia z poetyki na polonistyce, to przeraziło mnie, jak niewielu ludzi wie, z "czego się robi literaturę").
Natomiast co do portali internetowych, to tam niestety panuje czasami "wolna amerykanka". Porad udzielają sobie nawzajem ludzie, którzy niekiedy sami nie wiedzą, z czego się robi literaturę, często te komentarze są kierowane względami towarzyskimi, można się przecież schować za nickiem i o wszystkim napisać wszystko. Nie mówię, że to źle. Wielu początkujących autorów nie ma gdzie iść ze swoimi wierszami, nie ma nikogo, kto coś by im o ich tekstach powiedział (prócz mamy, taty i polonistki, którzy i tak będą zachwyceni faktem, że młoda osoba coś pisze). Takie portale jak nieszuflada mogą bardzo pomóc, bo przecież nie zawsze komentarze tam wpisywane są mało warte, często znajduje się tam prawdziwych mistrzów komentarza, poza tym opinia rówieśników też jest bardzo, ale to bardzo ważna. Natomiast faktycznie może być tak, że jeśli taka młoda osoba za bardzo będzie się kierowała głosem innych, to może popaść w niebezpieczeństwo "kserówki".
Ja sama nigdy się nie wkręciłam we wklejanie wierszy np. na nieszufladę. Ale może to jest znowu kwestia mojej osobowości - dla mnie praca nad wierszem jest od początku do końca skrajnie samotna. Nie umiem, jak wielu innych autorów, wklejać niedokończonych, surowych wierszy do internetu, żeby usłyszeć cudze komentarze i wg nich te wiersze poprawić (albo pogorszyć, bo skąd wiadomo, że komentarze są słuszne?). Nie umiem nawet, co też jest częste, dawać "nieopierzonych" tekstów bliskim, zaufanym osobom, z nadzieją, że one za mnie zadecydują, co wyciąć, co dodać, co poprawić itd. Pokazuję wiersz dopiero wtedy, gdy sama wiem, że już nic w nim się nie zmieni. Nawet współpraca z redaktorami tomików zawsze mnie przeraża, bo boję się, że zaczną mi się wtrącać, a tego nie zniosę. Na szczęście w przypadku obu moich tomów redaktorem był Romek Honet i on to dobrze rozumiał, bo chyba pracuje podobnie jak ja. Tak więc portale poetyckie są jakby zupełnie nie moją bajką. Od portali wolę samotnię.

MG: Joasiu, kto w takim razie był/jest dla Ciebie - silnej indywidualności - inspiracją literacką/poetycką? Czy jest jakiś jeden twórca, który wywarł na Ciebie najsilniejszy wpływ, czy były to różne osoby w różnym czasie?

JM: Oczywiście, są nazwiska-inspiracje, do których się przyznaję, nie tylko poeci zresztą. Ale pozostanę przy poetach. To dosyć stały zestaw, taka "trójca święta": Norwid, Karpowicz, Chlebnikow. Na pewno jakoś wpłynęli na moje wiersze, chociaż jednak bardziej na moje myślenie o literaturze, bo byli to przede wszystkim filozofowie języka, a dopiero potem poeci. Zajmowałam się nimi niejako "zawodowo", przy okazji pisania kolejnych prac na polonistyce (Norwid to licencjat, Karpowicz magisterka, a Chlebnikow to mój niedokończony i chyba już zarzucony doktorat). Najbardziej uwiodła mnie ich uparta konsekwencja, z jaką budowali swoje językowe utopie. Dla mnie poezja - ta największa - musi być w jakiś sposób utopią - i pewnie dlatego ci poeci byli na różnych etapach mojego pisania najważniejsi. Ale są też inni poeci, niesłychanie dla mnie ważni, choć trudno by się chyba było doszukiwać inspiracji nimi w moich wierszach. Wymienię tak prosto z głowy: Grochowiak, Wojaczek, Barańczak, Leśmian, Czechowicz, Gajcy, Ficowski, ogromnie ważna Krystyna Miłobędzka, wspaniała Ginczanka, a z młodszych to na pewno Maria Cyranowicz, Roman Honet, Bartek Majzel, Radek Kobierski. Jak widzisz, to są poeci dosyć dalecy od tego, co sama piszę, ale bez nich mój świat, moje postrzeganie rzeczywistości byłoby o wiele uboższe.

MG: Faktycznie, ogromna różnorodność autorów i poetyk. Powiedziałaś, że poezja musi być jakiegoś rodzaju utopią, jedna z definicji tego pojęcia brzmi: wszystkie całościowe obrazy przedstawiające pożądany stan rzeczy. Jaki dla Joanny Mueller jest pożądany stan rzeczy jeżeli chodzi o poezję? Innymi słowy, czego byś sobie i współczesnej poezji życzyła? :)

JM: Hmmm, zastanawiam się, czy zgadzam się z tą akurat definicją utopii. Jeśli mówić o "wszystkich całościowych obrazach", to ja i tak je widzę jako nie jakiś idealny obraz, na którym wszystko jest przejrzyste i wyraziste, lecz raczej jako nałożenie kilku różnych, często sprzecznych ze sobą wyobrażeń - czyli to byłaby ta moja anamorfoza (jak ona się ma do utopii - kiedyś wiedziałam, ale zapomniałam). No ale mniejsza o definicję. Utopie w poezji są różne, można na przykład marzyć o idealnym przyleganiu słów i rzeczy, można starać się, aby wiersz stał się rodzajem prześwitu, zajrzenia przez poszewkę banalnej rzeczywistości do tego, "co wyższe jest", można "marzyć wierszem" o nowatorskości, o tym, że powiemy w poezji coś, czego nikt dotąd nie powiedział (to utopia awangardy), no i jeszcze o wielu innych sprawach. Chyba chodzi głównie o to właśnie - żeby wierszem marzyć, żeby poezją stawiać sobie i innym jakieś wymagania, żeby tekst nie był tylko przyjemnostką, wylaniem żalów, sprawozdaniem, ale żeby był zadaniem: wyobraźniowym, ideologicznym, interpretacyjnym, emocjonalnym.
Nie lubię poezji, która sobie takich wymagań nie stawia. Zatem pożądany przeze mnie stan rzeczy, jeśli chodzi o poezję, byłby taki: niech ona się nieustannie przekracza, niech sięga zawsze dalej (wyżej), niż sięga do tej pory, niech zawłaszcza w języku i rzeczywistości obszary dotąd nietknięte. To chyba utopia, prawda? I właśnie w takie utopie wierzę.

MG: Bardzo dziękuję za rozmowę.

10 komentarzy:

  1. Bardzo bardzo ciekawy wywiad, lecz ja nie zgadzam się z tezą, że istnieje podział na 'poezję kobiecą' i 'poezję męską'. Nawet nie zostały podane jakieś wyraźne kryteria. Jestem przekonany, że gdyby pozamieniać nazwiska autorów wierszy, tak, że mężczyznę 'zrobić' autorem wiersza napisanego przez kobietę i odwrotnie, nikt by się nie połapał i nikt by nie powiedział 'ale chwileczkę, przecież ten wiersz napisała/napisał kobieta/mężczyzna'. Oczywiście trzeba by było odpowiednio pomajstrować, żeby nie wyszło np 'dziś ogoliłem się' w wierszu którego autorem jest kobieta (zamieniona). No i trzeba by wyłączyć całą tę rzewną poetykę kwiatki-chmurki-motylki-pierdołki, bo to rzeczywiście kojarzy się z poezją kobiecą (choć muszę przyznać, że znam kilku poetów którzy poruszają się po tego typu trajektoriach i wklejają swoje twory na różne portale). Weżmy np mój wiersz 'Hemoglobina' albo któryś z 'Filmów' (jeszcze wiszą tutaj)albo Magdy wiersz wiszący tutaj np 'wiersz bez prądu'. Jestem pewien, że gdybyśmy zamienili nazwiska, nikt by nawet słówkiem nie pisnął, że coś jest nie tak z płcią autora. Nieprawdaż?

    RAFAŁ B.

    OdpowiedzUsuń
  2. mogę się z Tobą Rafał zgodzić, ze w przypadku sporej liczby poetów i poetek taka "podmiana" faktycznie przeszłaby niezauważalnie, ale nie mogę się zgodzić, ze w naszym przypadku również - ja odnoszę wrażenie, że zarówno u Ciebie jak i u mnie istnieje jakieś "nacechowanie płcią", że patrząc na to samo - widzimy inaczej (swoją drogą musimy zrobić taki eksperyment)
    czy w 100% dałoby się odróżnić - tego nie wiem, sama się kilka razy "nabrałam", ale chyba Twoja teoria jest zbyt daleko idąca. Tak mi się wydaje.

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, ale ja miałem na myśli wiersze wklejone tutaj, które wymieniłem. Wiem, że czasem rzeczywiście istnieje zarówno u Ciebie jak i u mnie owo 'nacechowanie płcią', ale w życiu nie powiedziałbym tego o tych właśnie wierszach. Ale tego się już nigdy nie dowiemy -czy ludzie nabraliby się na zamianę nazwisk, choć w życiu nie uwierzę, że ktoś by zaprotestował gdybym to ja się podpisał pod Twoim 'wierszem bez prądu'. A czy czasami to nie jest tak, że jak czytelnik widzi nazwisko autora/autorki to wtedy dopiero ma śmiałość powiedzieć 'o tak, tak, to typowa poezja kobieca'? Myślę, że bez tej wiedzy ów czytelnik nie ferowałby takich wyroków, a przynajmniej byłby nieco bardziej powściągliwy w takich sądach.

    RAFAŁ B.

    OdpowiedzUsuń
  4. A mi się wydaje tak: nie wiem czy wszystkie kobiety piszą inaczej niż mężczyźni, ale to prawda, że antologia "Solistki" pokazuje w większości wierszy poetykę, którą ciężko mi sobie wyobrazić jako pisaną przez faceta. Dla mnie jest to najważniejsza rzecz, którą pokazują "Solistki", choć - jak już było wielokrotnie podkreślane - nie pokazują one pełnej mapy piszących kobiet.

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie Kuba napisałeś to, co ja chciałam w odp. Rafałowi. Zauważ, że np Sendecki krytykuje dobór wierszy i nazwisk, a z tego co Ty postrzegasz jako pozytyw, robi zarzut.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kuba - ja jednak jestem zdania, że gdybyś nie znał autora wiersza (kobieta czy mężczyzna)to w większości przypadków (mówię tutaj o antologii) nie uważałbyś tego jako 'poetykę, którą ciężko mi sobie wyobrazić jako pisaną przez faceta'. Zauważyłem, że bardzo często informacja kto jest autorem wiersza i wszystko co z nim jest związane ukierunkowuje czytelnika. I nie tyczy się to tylko płci, ale również i nazwiska. Przykładowo - przeciętny/słaby wiersz napisany przez znanego i cenionego autora ma duże szanse zyskać uznanie 'och, taki trudny i hermetyczny ten tekst, taki osobisty, itp itd // no jak to, to nie może być słaby wiersz, bo przecież poeta XYZ nie schodzi poniżej pewnego poziomu', wiesz o co mi chodzi, prawda? Ale to chyba temat na inną dyskusję :)
    Szkoda, że nie możemy zrobić eksperymentu o którym wspominałem właśnie z 'Solistkami'.

    Magda - myślę o tym co napisałaś - 'w przypadku sporej liczby poetów i poetek taka "podmiana" faktycznie przeszłaby niezauważalnie' i sądzę, że można by tak spokojnie powiedzieć o Solistkach.

    RAFAŁ B.

    OdpowiedzUsuń
  7. Rafał - tutaj się nie zgodzę, jestem zdania, że dokonano takiego wyboru akurat w "Solistkach", który uniemożliwia "podmianę".

    OdpowiedzUsuń
  8. Magda - no to pozostaje nam podpisać protokół rozbieżności - i na piwo :)

    RAFAŁ B.

    OdpowiedzUsuń
  9. Rafał - ja tu liczyłam na argumenty, a Ty się rakiem wycofujesz :) ale na piwo i owszem - reflektuję :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Rafał - ja u siebie tłumaczę dokładniej dlaczego uważam, że wiersze z "Solistek" zdecydowanie mają płeć :)
    nie chcę się powtarzać, dlatego po prostu podlinkuję

    http://jacobsen64.blox.pl/2009/10/SOLISTKI-Uwaga-glos-pochwalny-i-feministyczny.html#ListaKomentarzy

    OdpowiedzUsuń