Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


21.01.2010

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY cz.1


Jestem poetką. Tak napisano w posłowiu do antologii "Solistki", a nawet na okładce mojej debiutanckiej książki.
Jestem poetką, więc na chłopski rozum to, co piszę powinno być poezją. Czy jest? Pozostawiam to ocenie czytelników. Podobnie jak tysiące, a może i nawet miliony piszących, których twórczość "zalega" w sieci na blogach, stronach autorskich i w serwisach poetyckich. Serwis poetycki to miejsce szczególne, można się tam podzielić z rodzajem ludzkim swoją twórczością, można uzyskać opinię czytelników o tejże, można - czynnie uczestnicząc w tzw. "życiu" danego serwisu - podzielić się swoimi przemyśleniami na dowolny temat, można wziąć udział w organizowanych przez serwisy konkursach poetyckich, gdzie pojawiają się nierzadko bardzo zacni jurorzy w osobach "prawdziwych poetów" (czyt. takich z publikacjami książkowymi, nagrodami itp.). Proszę Państwa nic - tylko się rejestrować, pisać, dzielić się dyskutować - sama radość!
Problem pojawia się w momencie, gdy któryś z twórców postanawia taki serwis opuścić, i zabrać ze sobą swoją twórczość, a w myśl ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych ma wszakże takie prawo, gdyż twórczość jego do niego należy.
Istnieją serwisy (np. Digart lub Rynsztok), gdzie i owszem, pożegnawszy się grzecznie delikwent zabiera foremki i znika. Społeczność żałuje, albo nie żałuje - bywa różnie. Natomiast niekiedy w tym właśnie momencie zaczynają się schody, niektóre serwisy choć delikwent opuścić może, to jednakowoż bez foremek. Nie czytał misiek regulaminu - ma pecha. A regulamin jak wiadomo w takim miejscu to rzecz święta! (Poezja Polska np). Nieistotne, iż regulamin taki w oczywisty sposób narusza ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych, na którą się powołuje. Poeta, który pragnie zamieścić swój wiersz, podczas rejestracji jest zmuszony zaakceptować taki regulamin, inaczej nici ze sławy i uznania gawiedzi. Nic to, iż przeciętny poeta pojęcia nie ma o czym ów regulamin mówi, pojęcia nie ma czym jest licencja, na jakich zasadach zostaje udzielona, jakie ma poeta prawo do własnej twórczości, a w zasadzie jakiego prawa de facto nie ma. Oczywiście "nieznajomość prawa nie zwalnia od jego przestrzegania" to fakt. Im poeta bardziej odpowiedzialny, dociekliwy i przewidujący, tym rzetelniej ustawę o prawie autorskim przeczyta i świadomość swoją poszerzy oraz pojęcie nabędzie.
Wtedy dowie się, iż publikując jakikolwiek swój wiersz udziela bezpłatnej licencji na czas nieokreślony właścicielowi serwisu i jeśli będzie chciał swoje wiersze usunąć, musi ową licencję wypowiedzieć na zasadach zawartych w powoływanej przeze mnie ustawie. Niech się poeta nie obawia, już właściciel serwisu głowę na karku ma, prawo zna, a jak nie zna, to ma ludzi, którzy znają. Dlatego np. taki co sie zna wie, iż udzielanie licencji "na zapas" wg naszej ulubionej ustawy nie istnieje; że poeta, przy rejestracji takiej właśnie licencji "na zapas" udziela, gdyż nikt nie ma jakiejkolwiek pewności, iż wiersze, które będzie publikował są już napisane, czy powstaną dopiero na skutek np. spływającej na delikwenta weny. Tak oto sprytni właściciele serwisów dbają, by foremki zostały przynajmniej na jakiś czas. Nawet, gdy misiek już poszedł bawić się w innej piaskownicy. Tym pieczołowiciej ilość foremek jest pilnowana, im poeta bardziej znany, czegoś się poetycko "dorobił" nagrody na ten przykład albo jakiejś (nie dajcie bogowie) książki własnej. Serwis kocha Waszą twórczość i Wasze nazwiska i tak łatwo się nie podda. A niechże Was najmilsi ręka boska broni, gdybyście zechcieli na owe regulaminowe uchybienia zwrócić uwagę takiej czy innej administracji. Wtedy możecie być pewni, iż - jeśli regulamin ów posiada punkt o działaniu na szkodę serwisu - zostaniecie cichcem zablokowani (czyt. nie będziecie mogli się zalogować, niczego napisać, niczego usunąć ani zmienić), a w serwisie pojawi się lakoniczna notka o usunięciu was za ... (tu następuje argumentacja w zależności od wyobraźni właściciela serwisu). W niektórych przypadkach nie zostaniecie nawet powiadomieni o zablokowaniu Wam konta, po prostu któregoś dnia, nie będzie mogli się zalogować i już.
Zanim więc zdecydujecie się na opublikowanie czegokolwiek w jakimkolwiek serwisie, lepiej uważnie przeczytajcie regulamin zanim klikniecie, dodatkowo też poradźcie się prawnika, a suma sumarum wybierzecie serwis, który nie ukradnie Wam waszej twórczości twierdząc, ze czyni to zgodnie z prawem.
Oby Wam się POECI dobrze pisało. Weny życzę.


Magda Gałkowska

14.01.2010

Magda Gałkowska - scenariusz dla trzech aktorek



Dorocie, Patrycji, sobie

dzien minął jak film przewijany na podglądzie
zapamiętałaś tylko pojedyncze kadry
wschody słońca po nieprzespanych nocach
zapach kawy i ciężar słów

kiedy staje w drzwiach o północy
zobaczyłem światło więc przyszedłem
ten wybór dyktuje naturalny rytm
sześćdziesiąt pięć uderzeń na minutę


odpada dylemat kawa - herbata

z aptekarską precyzją realizujesz
recepty na tajne mikstury i zaklęcia
a potem co kwadrans gapisz się w telefon

przeklęte smsy mejle komunikatory - ścieżki
prowadzące do ciebie w tej chwili
puste jak więzienny spacerniak o północy
przed snem od nowa układasz w głowie

przemówienie którego nie wygłosisz
kiedy sposób w jaki popatrzy zamknie ci usta
i usłyszysz jak stacje radiowe spiskują
tworząc ścieżkę dźwiękową melodramatu

a ty nie chcesz opery mydlanej
kręcisz własne ambitne kino
masz już jeden nóż w plecach
i nie ma tam miejsca na następne



kursywa - Marcin Świetlicki "Olifant"

06.01.2010

Fabryka Tanich Butów



Z radością informuję, że nakładem Wydawnictwa Kwadratura w Łodzi we współpracy ze Stowarzyszeniem Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi ukazała się moja debiutancka książka poetycka pt. "Fabryka tanich butów".
Książkę na chwilę obecną można nabyć w księgarni Czuły Barbarzyńca w Warszawie.

W związku z tym serdecznie zapraszam na spotkanie ze mną, które odbędzie się w dniu 18 lutego 2010r o godz. 18.oo w Łódzkim Domu Kultury.


02.01.2010

Marek Radecki - "Mięsopust"


Książki, których jeszcze nie ma. Istniejące w formie pliku, o których chce się powiedzieć: "a powinny być". Dziś pierwsza z nich.

"Mięsopust" to opowieść barwna, nostalgiczna, nie pozbawiona poczucia humoru, w której autorowi udało się nie popaść w tani sentymentalizm.
To powrót podmiotu lirycznego do miejsc ważnych, stanowiących o korzeniach, powrót z perspektywy teraźniejszości. Podmiot liryczny porównuje swoje wspomnienia z tym co zastaje w chwili obecnej i to stanowi doskonały pretekst do snucia opowieści.
W wierszu pt.:"Porządek" autor pisze:
wiara głęboka jak potrzeba estetyki i stałego taktu
- cudowne podziały na lata, pory roku i święta

Upływający czas zmienia miejsca, zmienia ludzi, ale jedno pozostaje niezmienne - świat we wspomnieniach, Tam czas się zatrzymuje i jak na starych fotografiach powraca nagle.
Poprzez pryzmat minionego podmiot liryczny postrzega teraźniejszość, swoje własne dojrzewanie, doświadczenia. On nie szuka, on już ma pewność, wie, jaki wpływ miała przeszłość na kształtowanie jego "ja".
Jaki jest język tych wierszy? Marek Radecki stosuje raczej omówienia, mało jest wierszy pisanych "ze środka". Narracja prowadzona jest z zewnątrz, bardziej z pozycji obserwatora, niż uczestnika i choć osobiście brakuje mi momentami zmiany perspektywy, to takiego sposobu narracji nie uważam za wadę tej książki.
Gdybym miała wskazać, co mi w tych wierszach momentami przeszkadza, to nadmierna chwilami opisowość, powodująca tzw. dłużyzny.
Poza tym "Mięsopust" czyta się bardzo dobrze, jako spójną i klarowną opowieść o świecie, którego już nie ma; napisano tę opowieść językiem prostym, z dbałością o przekaz. Nie znajdziemy tu językowych fajerwerków, za to znajdziemy wiersze, które o czymś mówią, coś wyrażają, czegoś dotyczą.

Raport - popękał asfalt

Dziadku, niedobrze - znów zrobiłem się senny
podczas rodzinnego święta, a po przebudzeniu
wiem, jak to jest zabijać; znam strach, decyzje
i pośpiech, żeby zdążyć, zanim ktoś zabije mnie.

Niedobrze. Na płycie naszego grobowca obok imion,
z którymi już dawno się oswoiłem, pojawiły się nowe.
Nie licują z żadną opowieścią, rodzinną anegdotą,
a wszyscy wokół zachowują się, jakby to było normalne.

Dobrze, dziadku, przejdę do klasztornego ogrodu;
tam łatwiej ochłonąć ze zdumienia a nawet gniewu.
Pamiętam twojego przyjaciela - księdza z domu obok.
Dobrze znał rodzinę, ale nie spotkam go, on też umarł.

Niedobrze, między cmentarzem a ogrodem salezjanów
popękał asfalt. Potknąłem się. Bliscy znów zerkają
na mnie z niesmakiem. Udam znudzenie, a ty pokaż,
jak się przerzuca przez ramię ciała nabite na bagnet.


Śniedź


Deski, co rok bardziej ciemne, ściany pochylone,
dachy dziurawe. Studnia, z której nosiłem kiedyś wodę,
razi kartką z informacją o niezdatności do picia.

Za każdym płotem ujadały psy gotowe ugryźć
- te, które zostały, ledwie podnoszą głowy.

Twarze co rok bardziej ciemne, spojrzenia
przygaszone, kroki wolniejsze. Grabarz jest bliższy
niż fryzjer. Piaszczysta ziemia rozsuwa się pod stopami

- oferuje spokój. Zupełnie jakby go brakowało
na pustej ulicy, gdzie bruk nie pasuje do opon,
a skrzypnięcie drzwi jest oznaką życia.

Ogrody wokół klasztoru co rok dziksze, dęby
posępniejsze, chodniki zarastają trawą. Zaśniedziała
miedź na wieżach i nie zmieniła koloru na jesień.


Globalne ocieplenie

Wracam, zupełnie jakby to miasteczko było miejscem zbrodni,
jakbym chciał spotkać przestępcę doglądającego swoich dzieł.
Pamiętam tylko jedną zimę, kiedy mogłem przejść na drugi brzeg
- kilkaset metrów po lodzie. Mówiłeś, że takie zimy bywały częściej,

że nawet sanie zaprzężone w konie przejeżdżały po krze na uroczystości
w klasztorze. To było jednak tak dawno - nie znalazłem koni ani sań
na żadnym ze starych zdjęć. Na strychu stoi niewielki taboret z płozami.
Podobno na nim jeździłeś na wyspę. Wciąż nie rozumiem - po co?

Opowiadałeś o przejmująco głośnych trzaskach, kiedy pękały kry
wiosną, o wybuchach na rzece, gdy saperzy rozsadzali lód, żeby
nie zniszczył mostu w Wyszogrodzie - gdy po nim przejeżdżaliśmy,
słuchałem jak sczerniałe deski trzaskają pod ciężarem samochodu.

W ogromne powodzie wierzę, choć nie bez trudu. Wisła dziś płynie
tak spokojnie. Widziałem ślady na ogrodzeniach, murach budynków
stojących siedem metrów nad rzeką. Linia zaznaczona przez żywioł.

Kiedyś jeszcze przejdę na drugą stronę, dziadku. Zdarzają się czasem
mroźniejsze zimy. Już wiem - jeździłeś na taborecie, bo brzydził cię
brudny wychodek - wolałeś ciszę i spokój. Coraz częściej czuję to samo.



Magda Gałkowska