Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


02.01.2010

Marek Radecki - "Mięsopust"


Książki, których jeszcze nie ma. Istniejące w formie pliku, o których chce się powiedzieć: "a powinny być". Dziś pierwsza z nich.

"Mięsopust" to opowieść barwna, nostalgiczna, nie pozbawiona poczucia humoru, w której autorowi udało się nie popaść w tani sentymentalizm.
To powrót podmiotu lirycznego do miejsc ważnych, stanowiących o korzeniach, powrót z perspektywy teraźniejszości. Podmiot liryczny porównuje swoje wspomnienia z tym co zastaje w chwili obecnej i to stanowi doskonały pretekst do snucia opowieści.
W wierszu pt.:"Porządek" autor pisze:
wiara głęboka jak potrzeba estetyki i stałego taktu
- cudowne podziały na lata, pory roku i święta

Upływający czas zmienia miejsca, zmienia ludzi, ale jedno pozostaje niezmienne - świat we wspomnieniach, Tam czas się zatrzymuje i jak na starych fotografiach powraca nagle.
Poprzez pryzmat minionego podmiot liryczny postrzega teraźniejszość, swoje własne dojrzewanie, doświadczenia. On nie szuka, on już ma pewność, wie, jaki wpływ miała przeszłość na kształtowanie jego "ja".
Jaki jest język tych wierszy? Marek Radecki stosuje raczej omówienia, mało jest wierszy pisanych "ze środka". Narracja prowadzona jest z zewnątrz, bardziej z pozycji obserwatora, niż uczestnika i choć osobiście brakuje mi momentami zmiany perspektywy, to takiego sposobu narracji nie uważam za wadę tej książki.
Gdybym miała wskazać, co mi w tych wierszach momentami przeszkadza, to nadmierna chwilami opisowość, powodująca tzw. dłużyzny.
Poza tym "Mięsopust" czyta się bardzo dobrze, jako spójną i klarowną opowieść o świecie, którego już nie ma; napisano tę opowieść językiem prostym, z dbałością o przekaz. Nie znajdziemy tu językowych fajerwerków, za to znajdziemy wiersze, które o czymś mówią, coś wyrażają, czegoś dotyczą.

Raport - popękał asfalt

Dziadku, niedobrze - znów zrobiłem się senny
podczas rodzinnego święta, a po przebudzeniu
wiem, jak to jest zabijać; znam strach, decyzje
i pośpiech, żeby zdążyć, zanim ktoś zabije mnie.

Niedobrze. Na płycie naszego grobowca obok imion,
z którymi już dawno się oswoiłem, pojawiły się nowe.
Nie licują z żadną opowieścią, rodzinną anegdotą,
a wszyscy wokół zachowują się, jakby to było normalne.

Dobrze, dziadku, przejdę do klasztornego ogrodu;
tam łatwiej ochłonąć ze zdumienia a nawet gniewu.
Pamiętam twojego przyjaciela - księdza z domu obok.
Dobrze znał rodzinę, ale nie spotkam go, on też umarł.

Niedobrze, między cmentarzem a ogrodem salezjanów
popękał asfalt. Potknąłem się. Bliscy znów zerkają
na mnie z niesmakiem. Udam znudzenie, a ty pokaż,
jak się przerzuca przez ramię ciała nabite na bagnet.


Śniedź


Deski, co rok bardziej ciemne, ściany pochylone,
dachy dziurawe. Studnia, z której nosiłem kiedyś wodę,
razi kartką z informacją o niezdatności do picia.

Za każdym płotem ujadały psy gotowe ugryźć
- te, które zostały, ledwie podnoszą głowy.

Twarze co rok bardziej ciemne, spojrzenia
przygaszone, kroki wolniejsze. Grabarz jest bliższy
niż fryzjer. Piaszczysta ziemia rozsuwa się pod stopami

- oferuje spokój. Zupełnie jakby go brakowało
na pustej ulicy, gdzie bruk nie pasuje do opon,
a skrzypnięcie drzwi jest oznaką życia.

Ogrody wokół klasztoru co rok dziksze, dęby
posępniejsze, chodniki zarastają trawą. Zaśniedziała
miedź na wieżach i nie zmieniła koloru na jesień.


Globalne ocieplenie

Wracam, zupełnie jakby to miasteczko było miejscem zbrodni,
jakbym chciał spotkać przestępcę doglądającego swoich dzieł.
Pamiętam tylko jedną zimę, kiedy mogłem przejść na drugi brzeg
- kilkaset metrów po lodzie. Mówiłeś, że takie zimy bywały częściej,

że nawet sanie zaprzężone w konie przejeżdżały po krze na uroczystości
w klasztorze. To było jednak tak dawno - nie znalazłem koni ani sań
na żadnym ze starych zdjęć. Na strychu stoi niewielki taboret z płozami.
Podobno na nim jeździłeś na wyspę. Wciąż nie rozumiem - po co?

Opowiadałeś o przejmująco głośnych trzaskach, kiedy pękały kry
wiosną, o wybuchach na rzece, gdy saperzy rozsadzali lód, żeby
nie zniszczył mostu w Wyszogrodzie - gdy po nim przejeżdżaliśmy,
słuchałem jak sczerniałe deski trzaskają pod ciężarem samochodu.

W ogromne powodzie wierzę, choć nie bez trudu. Wisła dziś płynie
tak spokojnie. Widziałem ślady na ogrodzeniach, murach budynków
stojących siedem metrów nad rzeką. Linia zaznaczona przez żywioł.

Kiedyś jeszcze przejdę na drugą stronę, dziadku. Zdarzają się czasem
mroźniejsze zimy. Już wiem - jeździłeś na taborecie, bo brzydził cię
brudny wychodek - wolałeś ciszę i spokój. Coraz częściej czuję to samo.



Magda Gałkowska

3 komentarze:

  1. pomysł fantastyczny, jestem ciekaw dalszych części cyklu :)

    Kuba

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię te wiersze, bardzo lubię.
    ebb
    )))

    OdpowiedzUsuń
  3. Magda, dziękuję bardzo :-)

    OdpowiedzUsuń