Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


29.03.2010

każdy obcy człowiek mówi w obcym języku - Robert Rutkowski "Wyjście w ciemno"




Czy w takim razie możliwe jest porozumienie? Odnoszę wrażenie, że począwszy od tytułu skończywszy na ostatnim wersie ostatniego wiersza "Wyjście w ciemno" jest próbą porozumienia ze światem. Rutkowski nie ma żadnych złudzeń, a jednak tę próbę podejmuje. Tytuł całego zbioru jasno komunikuje, skoro każdy człowiek ma swój własny język, to każda próba nauczenia go nowego może okazać się fiaskiem. Nie wiadomo czego się spodziewać. W wierszu pt. "Przypis" Robert Rutkowski pisze:


"najsilniejszy
mięsień człowieka
to język

on dźwiga świat
który rośnie mi w ustach"

Rośnie w ustach coś, czego nie można przełknąć, czego trzeba się pozbyć, wyrzucić z siebie. Gra słów w tym tomie odgrywa ogromną rolę, w końcu przecież poeta ma być rzemieślnikiem słowa. Słowa, język, to materiał do obróbki, kod, przy pomocy którego rozszyfrowujemy rzeczywistość. W "Wyjściu w ciemno" słowa nie mają jednego znaczenia, są często odwracane, przestawiane jak klocki, z których autor wznosi budowlę. W tym kontekście automatycznie narzuca się analogia do historii o wieży Babel.


"istnieje
jedynie to co znajduje swój wyraz
w języku

dlatego lepiej
licz się ze słowami"
(przestrzeń nazw)

Kaczmarski śpiewał o wdrapywaniu się na szklaną górę, Rutkowski porównuje proces twórczy do tonięcia w łyżce wody. Charakterystyczny dla tej książki jest wyraźnie widoczny dystans twórcy do tworzywa, czyli autora do języka i przy okazji do siebie. O czym więc Robert Rutkowski chce nam powiedzieć, co przekazać przy pomocy tak niedoskonałego narzędzia? O tym, że podobnie jak język, świat jest niedoskonały, bystry obserwator wyłapie wszystkie absurdy i opatrzy je ciętym komentarzem, zaskakującą puentą. Poezja jest jak kobieta "jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna, jak każda".
A jednak nie tylko ironia, nie tylko lapidarne i kłujące jak dzika róża za koszulką frazy. Jest szorstka czułość (wiersz "mój anioł stróż"), jest zaskoczenie i swego rodzaju zadziwienie tym niedoskonałym światem ("kiczowate niebo"), jest dyskusja z mistrzem ("pan cogito i życie po śmierci) jest wreszcie i miejsce na niełatwą miłość:

"suma"

ty i ja -
dłonie splecione w modlitwie
do ciemnego
podniebienia boga

jeśli był krzyk
czy był na tyle głośny
by wyszedł z niego
ktoś trzeci

suma twojej i mojej pustki
tak osobna
że ogląda już tylko
samą siebie".

Kiedy wychodzi się w "ciemno" nie może być łatwo, nie może być lekko ani kolorowo. I nie jest.
Wiersze Roberta Rutkowskiego są jak wspomiana dzika róża pod koszulką, są jak słowo - nie posiadają jednego znaczenia, tworzą przestrzeń, w której poruszanie się związane jest z koniecznością maksymalnego skupienia uwagi, nie wolno uronić ani litery. To poezja często erudycyjna, wymagająca, z mnóstwem symboli i odniesień.
Rutkowski uczy nas swojego języka, wiersz po wierszu, słowo po słowie poznajemy nową mowę, nowy sposób komunikacji i jeżeli będziemy wystarczająco uważni, uda się nam po prostu zrozumieć.

"ciemna materia"

gaśniemy w oczach

ciemna materia
odbiera nam jasność
widzenia

przekazywana
z rąk do rąk z ust
do ust

gęstnieje

płynie korytami ulic
wsiąka w ściany domów

ociemniali

rozmawiamy niejasno
o bladych pojęciach

ciemna energia
oddala nas od siebie

z każdym dniem
nasz głosy stają się
cichsze

nie wiem
czy jeszcze mnie słyszysz
wiem jednak że muszę
mówić

to jedno jest
jasne.


Robert Rutkowski "Wyjście w ciemno" Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego Łódź 2009r

MG

drzazga


przez okno
widzę tylko ślady po topolach:
gładkie, poszarzałe krążki.
krwi już nie ma, wsiąkła w ziemię,
odpłynęła do rzeki.

spławiamy umarłych jak drewno,
z biegiem,
z opuszczonymi rękoma
patrzymy na ich malejące ciała.

niepewność
czy są na tyle daleko,
by nie móc wrócić
uwiera i drażni.

kurczę się
do rozmiarów drzazgi.


MG

27.03.2010

SPOTKANIE AUTORSKIE 25.III.2010r POZNAŃ







Bardzo dziękuję wszystkim przybyłym, szczególnie Kubie Sajkowskiemu, Olce Zbierskiej i Wojtkowi Szmigoniowi za ogarnięcie tego bałaganu i mnie przy okazji :)
Pytania były podchwytliwe i niełatwe, ale rozmowa z Wami wszystkimi była prawdziwą przyjemnością :)

fot. Ola Zbierska

23.03.2010

wieża


przychodzi z odległej galaktyki,
miasta, w którym kobiety oprawia się
jak ryby. nie potrzebują głosu,
tylko ciał.

jest świeża, lecz nie pachnie,
czysta, ale klei się do rąk,
rozciętym brzuchem znaczy miejsca.
jedyna
z imieniem świętej,
spojrzeniem suki łagodzi ból.

dawno temu wyrwano jej język
i wszystko, co potrafi,
to przyjmować w siebie
kolejne ostrza. symbole
wycinane delikatną dłonią artysty.

21.03.2010

tępe ostrza


dla Kuby

mógłby być bohaterem Conan-Doyle'a,
czarnym charakterem. przemykać chyłkiem
ulicami (koniecznie deszczowego) miasta,
knuć intrygi, kryć zamiary. tymczasem

ciemny rabuś czeka pod drzwiami,
drżą mu ręce, gdy wyciąga telefon
i przekłada na zrozumiały język
niepojęte słowa wystraszonych dziewczynek.

jeszcze się nauczy, pozna kolejne
idiomy, wszystkie rodzaje i czasy.
mając w kieszeni dobrze zrobiony wytrych,
któregoś dnia naprawdę zacznie kraść.

MG

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY cz.3


Posiadam notatnik. Format A4 w twardej oprawie. I pióro też posiadam, nawet czasem coś nim napiszę i właśnie dziś przejrzałam wszystkie zapiski. Szkice wierszy, mnóstwo skreśleń, jakieś uwagi na marginesie, myśli zapisywane, by nie uciekły. Sama poezja - rzec by można.
W drodze do pracy ostatnio czytuję Honeta. Honet dzieli się na autobusowego i tramwajowego. Ludzie zaglądają mi przez ramię i są zaskoczeni widząc wiersze.
Nie muszę wcale widzieć ich twarzy, by o tym wiedzieć. Kto dziś czyta poezję?
Albo inaczej (za Heideggerem): cóż po poecie w czasie marnym?
Pokutuje (poniekąd słuszna) opinia, iż poezję czytają tylko poeci oraz emerytowani poloniści, spragnieni odrobiny "kultury wysokiej" pomiędzy kolejnymi odcinkami Plebanii. Na spotkania autorskie przychodzi garstka znajomych, ewentualnie jakiś zabłąkany nieborak, który pomylił adres. Oszukujemy się, że poezja jest dla wybranych, elitarna sztuka zgłębiania dusz, sopień inicjacji na drodze...no właśnie: do czego?
Tymczasem prawda jest znacznie mniej pociągająca. Poezja to partyzantka na terenie okupowanym przez Dody, Trojanowskich, powracające jak bumerangi Budki Suflera i Lady Panki.
Jak na ironię losu pisząc to słucham Faithless. Jak na ironię losu wczoraj odwiedziłam miejsce, w którym przy podobnych dźwiękach wprowadzałam się w trans z pomocą rąk, nóg, bioder.
Teraz powracam do świata, w którym dwoje dorosłych ludzi, zamkniętych w hotelowym pokoju pije wiśniówkę i czyta Rilkego. Świata, gdzie moje miejsce jest tak oczywiste jak to, ze istnieję.
Niezmiennie bawi mnie reakcja otoczenia, gdy na pytanie czym zajmuję się poza pracą zawodową odpowiadam, ze piszę wiersze. Ludzie nie mają pojęcia jak reagować, więc albo kiwają głową z udawanym zrozumieniem, albo szybko zmieniają temat rozmowy udając, ze pytanie nie padło.
Jacek Dehnel powiedział kiedyś, ze oddaje się szlachetnemu zajęciu, jakim jest pisanie. Podziwiam i zazdroszczę. Dla mnie każdy kolejny wiersz to wypruwanie sobie flaków. Wydałam książkę, która żyje własnym życiem, bierze udział w konkursach, sprzedaje się, a mną zupełnie się nie przejmuje. Część mnie została oderwana i egzystuje samodzielnie. No więc mam to swoje upragnione, kwadratowe cudo z lśniącą okładką. Czasem odnoszę wrażenie, że czytam wiersze obcej osoby. Kogoś, kto owszem - był, ale odszedł gdzieś daleko. Ogląda się tego kogoś jak sarkofag w muzeum.
Co napiszę za sześć lat?

Autorskie

spóźniłam się, ale nie chcę wracać
do tamtych wierszy.
jak nie wraca się do byłych kochanków:
budzą wspomnienia
nie wzbudzając emocji.

jak matka zastępcza drżę,
że ktoś zapyta
czy są moje.


MG

18.03.2010

insomnia





na chłodnej ścianie języki ognia. szum
płynącej wody i jęk szczytującej kobiety
zlewają się w melodię, kołyszą. do snu

daleko. powoli omijam ciało, pełznę
po mokrym prześcieradle. przez okno
wdziera się białe światło, oglądam wszystko

w błyskach stroboskopu, spowolniona
reakcja na ból i popękane brzegi warg
zagoją się po kilku dniach. aż do chwili

gdy zliżesz kropelki śliny będę idealna,
jak wszystko czego nikt nie zdążył dotknąć.

MG

17.03.2010

piwo, mandarynki i "Bema pamięci żałobny rapsod"



ułożeni jedno przy drugim
pod opuszczonymi żaluzjami
zapadamy w sen, niespokojny.

lód na jeziorze coraz cieńszy,
powieki i usta ciążą
od słońca i soku, schną
włosy i ubrania.

po raz kolejny przechodzimy
przez bramy i dalej
pomiędzy omszałe zielone pnie.
pomnikom udającym drzewa,
martwi wydają się żywi.

po południu przed budynkiem stacji
pada czarny śnieg.

MG

ZAPROSZENIE





Zapraszam na spotkanie autorskie ze mną

25 marca 2010r o godz. 20.00
Klub "W Starym Kinie"
ul. Nowowiejskiego 8
Poznań


Sala Niebieska

prowadzenie: Dorota Surdyk

14.03.2010

Magda Gałkowska - syndrom sztokholmski




mieć boga. wizerunek i symbol,
słowo przemieniać w ciało,
pieścić językiem, aż dojrzeje
do śmierci.

wierzyć. nosić martwy płód,
kłaść się na wznak, czekać.
wodę przemieniać w wino,
wino w krew.

mieć boga. obraz i podobieństwo
po prawicy ojca niepokalane
poczęcia. aż przyjdzie sądzić
i nie będzie końca.



fot. Agata Strzałkowska

06.03.2010

V - Magda Gałkowska




poczekaj aż zgasną barwy i ulice
i strumieniami będą spływać w ciemność
aż chłód zaciśnie palce do utraty krążenia
a potem pozwoli by wolno wracało

drżeniem delikatnie wyczuwalnym pulsem
tlenem łapczywie odbieranym z ust
będziesz dawał życie rozdzielał jak karmę
cienką taflę lodu na rozpalony język

01.03.2010

Magda Gałkowska - zatopiona


pociągi pachną rozgrzaną imitacją skóry
i zastałym powietrzem, przywierają do ciał.
trwam w bezruchu, w bezoddechu. na stacji
okna stają się płucami, otwarte w tym momencie

dają życie. tyłem do kierunku jazdy
czuję jak pokrywam się czerwienią i kurzem,
wtapiam w tło głodne spojrzenie, brudne słońce
wypala na szybach twarz jak dagerotyp, dowód

cudu, szukam, choć jeszcze nie znam słów modlitwy.