Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


31.07.2010

VII


nie będzie wyboru tylko dotyk ślepca
wyuczony jak odruch wyciągania rąk
kiedy zbyt gwałtownie przybliży się ziemia
a wyznaczone granice przestaną się liczyć

kiedy złamiesz szyfry obejdziesz obwody
pod czujnym promieniem otworzy się cicho
i dosięgniesz pełni spontanicznej emisji
błysku który wypali wszystkie drogi powrotu

29.07.2010

AFTEREK




co poeci robią po udanym spotkaniu autorskim?
odprężenie przybywa z zaskakujących stron :P

EDZIU - DZIĘKUJĘ :)


fot. Łucja Dudzińska

Argon - PIOTR GAJDA


Wiatr przynosił ze sobą szpik. Mówiłaś: Wejdź we mnie i zostań tam przez zimę stulecia, a na rękach nosiłaś martwe dziecko.
Osiemnaście tysięcy ludzi było bez prądu i rozsiewało ikrę,
z której wykluła się łuska i śrut. Kto umarł pierwszy?

Wszystko wokół było sterylne jak świetlówka i śmierć
mogła zamieszkać w apartamencie na strzeżonym osiedlu.
Czyżbym był jej sąsiadem? Starszym od światła w źrenicy trupa?

wiersz z tomu "Zwłoka"

26.07.2010

The glass bottle trick - KUBA SAJKOWSKI


MG


Kiedy studiowałaś podręcznik do fizyki, dowiedziałaś się,
że można nagie, ugotowane jajko umieścić w butelce
przy pomocy zaledwie jednej zapałki.

Później miłość nazwałaś w wierszu chorobą
tego lata, gdy lipiec jest powodzią potu, a sierpień
tak wysusza gardło, że nie da się więcej mówić.

Dlatego dokończą za ciebie: plujesz krwią,
bo nie ma metafor, bo nazywałaś po imieniu,
a teraz jego imię przenika do płuc i do naczyń.

Szepczesz: uwolnij mnie; on mówi:
wedle wierzeń twoich bogów
jedyną drogą by uwolnić duszę jest rozbicie butelki -

będziesz naga, gładka i czysta jak jajko bez skorupki,
pójdziesz boso, po omacku, z wypaloną zapałką,
a ja będę nadal pożerał cię wzrokiem.


25.07.2010

ZAPROSZENIE


Serdecznie zapraszam na spotkanie ze mną.

We wtorek 27 lipca 2010r
o godz. 20.30
KontenerArt Poznań Stare Koryto Warty ul. Chwaliszewo.
prowadzenie Edward Pasewicz


23.07.2010

kto nie umie zadziwiać, niech idzie do stajni - wywiad z MAĆKIEM FROŃSKIM


Maciek Froński - poeta i tłumacz poezji angielskiej rosyjskiej i włoskiej oraz pieśni folkowych. Debiutował w 2006r tomem "Rozpoznanie bojem", w 2008r ukazał się tom "Poezja spokoju moralnego". W swoim dorobku ma również artykuły z zakresu turystyki i archeologii śródziemnomorskiej. Z zawodu prawnik.

przez magiel przepuszczony i w krzyżowy ogień wzięty przez Magdę Galkowską.

MG: Maciek, jesteś prawnikiem, tłumaczem, poetą wreszcie. Debiutowałeś w 2006r czyli w zasadzie dość późno tomem "Rozpoznanie bojem", którego mottem jest myśl Giovanabattisty Mariniego "Rzeczą poety jest zadziwiać. Kto nie umie zadziwiać, niech idzie do stajni". Starasz się zadziwiać? Czy cenisz właśnie tych poetów, którzy Cię "zadziwili"? I czym tak naprawdę jest w poezji owo "zadziwienie"?


MF: Zadziwienie to wywołanie niespodziewanego efektu, to coś takiego, jak zdobycie bramki strzałem z czterdziestu metrów. Oczywiście, że staram się czytelnika zadziwić, choć przede wszystkim zadziwiam samego siebie. Wiele mam w dorobku wierszy, po napisaniu których pomyślałem sobie: „cholera, nie wiedziałem, że coś takiego może mi się udać”. Poeci, których lubię, też mnie zadziwili. Jako pierwszy zrobił to Anakreont z Teos – nie wiedziałem, że tak można pisać wiersze. Po nim byli kolejni – Cecco Angiolieri, Iwan Bunin, Bruno Jasieński, Michel Houellebecq i wielu, wielu innych.

MG: Wśród współczesnych poetów jesteś - odnoszę wrażenie - wyjątkiem. Piszesz wiersze klasyczne, z rymem. To wymaga dyscypliny i umiejętności. Dlaczego taka poezja? Nie kusi Cię wiersz biały?

MF: Wyjątkiem to może za dużo powiedziane, z rymami pisze jeszcze kilku świetnych poetów, ale rzeczywiście, jesteśmy w zdecydowanej mniejszości. Dlaczego taka poezja? Odpowiem anegdotą – zapytałem kiedyś moją starszą córkę, wtedy pięcio- czy sześcioletnią, czy lepiej być chłopcem czy dziewczynką. „Dziewczynką” – odpowiedziała. „Dlaczego?” „Bo ja jestem dziewczynką!” Ja wprawdzie dziewczynką nie jestem, ale od dziecka pisałem wiersze z rymami i zawsze miałem pewność, że tak jest lepiej. Wiersz biały też mnie momentami kusi, ale jednak nie ma w sobie tej energii, co wiersz rymowany.

MG: Po lekturze Twoich wierszy postrzegam Cię jako osobę z dużym dystansem do siebie i świata oraz ogromnym poczuciem humoru, potrafisz jednak wierszem wbić przysłowiową szpilę czytelnikowi. Czy ta - z pozoru lekka - forma jest u Ciebie sposobem na przekazanie istotnych treści? Co właściwie chcesz nam - Twoim czytelnikom - powiedzieć?


MF: Część moich wierszy napisałem po prostu dla jaj, ale większość z nich rzeczywiście ma jakieś drugie dno, a często trzecie i czwarte, pod którym kryją się różne głębsze treści. Poeta Rafał Sadowski uważa mnie nawet za twórcę hermetycznego (śmiech). Każdy taki głębszy wiersz ma jednak inne przesłanie i trudno to wszystko sprowadzać do wspólnego mianownika, ale jeśli już na siłę doszukiwać się jakiejś myśli przewodniej mojej twórczości, to pewnie byłaby nią ta, że nie warto wstydzić się być sobą, udawać kogoś, kimś się nie jest, że dbałość o własny wizerunek i obawa o jego utratę są największą niewolą człowieka i fajnie jest te kajdany wreszcie z siebie zrzucić.

MG: W takim razie (trochę przewrotnie) chciałabym zapytać o wiersz pt.: ”Spisek miernot”.Czy tam przez przypadek podmiot liryczny nie tęskni jednak za szeptem zasuszonych profesorek (Maria Janion) oraz podziwem wpływowych feministek (Kazimiera Szczuka)? I od razu spytam, dlaczego w puencie kobiety? Czyżby utyskiwania mizogina? :)


MF: Oczywiście, że tęskni, a że w polskiej krytyce literackiej osobami najbardziej medialnymi są kobiety, nie tylko zresztą te dwie panie, które wymieniłaś, to już nie podmiotu lirycznego wina ani zasługa (śmiech).

MG: „Spisek miernot” pobrzmiewa mi trochę Eliotowym „panie w salonie rozprawiają wiele o Michale Aniele”. Mówisz o medialności kobiet w krytyce, a strona merytoryczna? I jak wygląda Twoim zdaniem sytuacja kobiet w poezji?


MF: Jeśli chodzi o stronę merytoryczną, to pisarstwo Marii Janion do mnie nie przemawia, za to Kazimierę Szczukę bardzo wysoko cenię, podobnie jak Martę Sawicką czy Magdalenę Miecznicką. Natomiast o sytuacji kobiet w poezji trudno mi mówić, bo ja po prostu nie wyróżniam kobiet z ogółu piszących, tak samo jak nie wyróżniam leworęcznych poetów spod znaku Bliźniąt i również o ich sytuacji trudno mi cokolwiek powiedzieć. Wśród znanych mi poetów przeważają mężczyźni, ale dlaczego tak jest, nie wiem.

MG: Więc jeszcze a propos "bycia sobą", o którym wspomniałeś. Publikujesz w internecie, na jednym z portali literackich, powiedz, jak postrzegasz poezję w sieci? Czy w necie - poza oczywiście znanymi nazwiskami - można znaleźć dobre wiersze? I drugie pytanie: co daje Tobie publikacja w takich miejscach jak np. Nieszuflada?

MF: Mam wrażenie, że poezja w sieci straciła na dynamice w ostatnich, powiedzmy, dwóch-trzech latach, w każdym razie kiedyś rozpoznawałem na portalach poetyckich zdecydowanie więcej poetów niż teraz. Nie wiem, może pozmieniali nicki? (śmiech) Cały czas można tam znaleźć dobre wiersze, ale coraz rzadziej są to wiersze poetów o, jak to ujęłaś, znanych nazwiskach, zupełnie tak jakby po wyrobieniu sobie nazwiska zaczęli się oni wstydzić swojej sieciowej aktywności. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich poetów, ale wydaje mi się dotyczyć zwłaszcza tych, którzy od internetu wyrabianie sobie nazwisk zaczynali. Mam wrażenie, że potraktowali oni sieć jak szkołę podstawową, którą trzeba skończyć, ale do której nie ma sensu wracać. Nie chcę oceniać tego źle, no tak to po prostu widzę.
Inna sprawa, że są środowiska, które zawsze demonstrowały dystans do publikowania w sieci, jak choćby bliskie mi środowisko skupione wokół Instytutu Mikołowskiego. Dla mnie jednak sieć jest teraz głównym kanałem kontaktu z czytelnikami i źródłem poznania ich opinii o moich wierszach. Redaktorzy naczelni czasopism literackich nigdy mnie nie zamęczali propozycjami publikacji, z racji ciążących na mnie obecnie obowiązków rodzicielskich praktycznie przestałem uczestniczyć w tak zwanym życiu literackim, zostaje mi internet.

MG: Wspomniałeś o Instytucie Mikołowskim i o bliskości z tym środowiskiem. Nietrudno zauważyć, że Twoja dykcja jest odmienna od dykcji prezentowanych przez IM autorów.
Czy kontakt z poetami, z twórczością skupioną wokół Instytutu miał na Ciebie, jako twórcę, wpływ?


MF: Bezpośredniego wpływu nie miał, ale dużo daje mi uczestnictwo w życiu Instytutu, w organizowanych przezeń spotkaniach z poetami i pisarzami czy turniejach jednego wiersza. Teraz to wszystko jest, jak wspomniałem, zamrożone, ale przecież nie na zawsze. Inna sprawa, że ja w ogóle nie bardzo ulegam wpływom literackim, sam wiem najlepiej, jak powinienem pisać, i tak też piszę (śmiech). No dobra, mogę się czymś zainspirować w pojedynczym wierszu, mogę skorzystać z czyjejś propozycji poprawki, ale to wszystko.

MG: Mówisz o ciążących na Tobie obowiązkach rodzicielskich, zapewne słodki to ciężar, a w takim razie zdradź jak wpływa na artystę moment, w którym zostaje rodzicem? Stałeś się bardziej wrażliwy? Spojrzałeś inaczej na rzeczywistość? Jeśli tak, to czy to był jakiś konkretny moment, czy może proces?


MF: Jesienią ubiegłego roku, po tym, jak urodziła się moja młodsza córka, przeżyłem krótki okres ożywionej pracy translatorskiej, udało mi się wtedy przełożyć na polski kilka fajnych tekstów. Jednakże nie mogę powiedzieć, by rodzicielstwo – pierwsze czy drugie – wpłynęło znacząco na jakość moich własnych wierszy. Porównując moje obecne utwory z tymi, które pisałem jakieś dziesięć lat temu, mogę powiedzieć, że są lepsze technicznie, ale nie sądzę, by była to pochodna tego, że zostałem ojcem. Owszem, ojcostwo, oprócz tego, że daje mi dużo szczęścia, jest też sporym obciążeniem finansowym i to przez nie pewnego dnia nagle z klasy beztroskich młodzieńców przeskoczyłem do klasy ledwo wiążących koniec z końcem rodziców, co na pewno zmieniło moje spojrzenie na rzeczywistość i zaostrzyło pazur mojej satyry, ale to nie o to Ci chyba chodziło? (śmiech)

MG: Nie o to, ale dziękuję za odpowiedź :) Pytanie stąd, że często dzieci zmieniają postrzeganie świata przez dorosłych :). Skoro nadmieniłeś o tłumaczeniach, Piotr Sommer np. powiedział mi, że najpierw sam pisał wiersze, a potem chciał się dowiedzieć jak to robią "ci inni, w innych językach" i dlatego zaczął czytać i przekładać. U Ciebie było podobnie, czy wiąże się z tym jakaś Twoja własna historia?


MF: U mnie to był trochę przypadek – gdy byłem w pierwszej klasie liceum, ogłoszono szkolny konkurs na przekład „Żonkili” Williama Wordswortha. Wystartowałem, zostałem wyróżniony i spodobało mi się to. Kolejny konkurs, tym razem na przekład Byrona, już wygrałem. Zainspirowało mnie to do samodzielnego szukania ciekawych wierszy, zacząłem też tłumaczyć z włoskiego, później z rosyjskiego. Dalej jakoś samo poszło.

MG: Skoro o konkursach mowa. Wielu poetów debiutuje wygrywając konkursy, w których nagrodą jest wydanie książki. Bierzesz udział w konkursach? Uważasz, że to sposób na sprawdzenie się? Jaki masz stosunek do konkursów poetyckich?

MF: Bardzo lubię konkursy, bo w ogóle widzę twórczość poetycką jako swego rodzaju rywalizację sportową, w której chodzi po prostu o to, by być lepszym od innych. Lubię zwłaszcza konkursy tematyczne, bo często motywują mnie do stworzenia czegoś, czego w przeciwnym razie bym nie stworzył. Niestety, większość konkursów poetyckich to konkursy na zestaw pięciu wierszy o tematyce dowolnej, które nie motywują mnie do niczego

MG: Co w takim razie Cię motywuje, inspiruje? Wspomniałeś na początku naszej rozmowy o klasykach. A ze współczesnej literatury?


MF: Ze współczesnej literatury inspiruje mnie niewiele. Dwa lata temu do napisania wiersza popchnęła mnie lektura sceny orgii u barona jakiegoś tam w „Śmierci w Breslau” Marka Krajewskiego, pół roku temu – jedno zdanie z „Nożyka profesora” Różewicza, czasami źródłem mojego natchnienia jest twórczość Eli Lipińskiej, czasami jakiś film lub obraz. O wiele bardziej niż poszczególne utwory inspirują mnie jednak różne konwencje literackie czy artystyczne, a także historie z życia, ciekawe wydarzenia z teraźniejszości i przeszłości, zmieniające się obyczaje i postawy, ustalone klisze i stereotypy.

MG: Co jest powodem tego braku inspiracji? Jak postrzegasz poezję współczesną?


MF: Myślę, że klucz tkwi w formie i prostocie przekazu. Jest wielu współczesnych poetów, których lubię i cenię, ale tym, co mnie naprawdę kręci, jest tradycyjna poezja, w której jest rytm, rym, energia, życie, w której czuć pulsującą w żyłach autora krew. Teraz na przykład czytam sobie antologię niemieckiej średniowiecznej pieśni miłosnej w pięknych przekładach Andrzeja Lama, no jest to po prostu coś cudownego! Uogólniając i pomijając nie tak znowu rzadkie wyjątki muszę powiedzieć, że ze współczesną poezją mam ten problem, że albo nie wiem, o co poecie chodzi, albo wiem, ale jakoś mnie to nie rusza. Bardzo hermetyczna poezja współczesna wydaje mi się jakąś salonową grą, która toczy się między poetą, krytykiem literackim, profesorem filologii polskiej i redaktorem naczelnym czasopisma literackiego, w której to grze czytelnik może na upartego uczestniczyć, ale nikt mu piłki nie poda. Tą piłką mogą być elementy różnych konwencji, różne zapożyczenia, wpływy, cytaty i kryptocytaty, w których nie może się on połapać bez akademickiego przygotowania, a także po prostu najzwyklejsze mody intelektualne. Dużo się ostatnio mówi, choćby w odniesieniu do twórczości Witolda Wirpszy, o poszerzaniu granic języka, ale przecież język jest narzędziem komunikacji i być może nie ma sensu go poszerzać, jeśli i bez tego obie strony świetnie się rozumieją. Język o poszerzonych granicach, czyli po prostu język spuchnięty, z trudem mieści się w ustach, a wydawane przy jego pomocy dźwięki niebezpiecznie zbliżają się do granicy artykulacji. Niestety – wracając do mojej poprzedniej myśli – w tej całej zabawie czytelnik wydaje mi się nie bardzo potrzebny, system jest samowystarczalny (śmiech). Zresztą rzuć okiem na portal literackie.pl – poeci chwalą się na nim nagrodami, publikacjami, recenzjami, a nikt jeszcze nie napisał „a do mnie po wieczorku autorskim podeszła taka jedna pani i powiedziała, że świetnie piszę”. Przyznaję ze skruchą, że ja też nie:-) Tymczasem, z nielicznymi wyjątkami, każde wielkie dzieło przeszło pomyślnie próbę odbiorcy, i to odbiorcy masowego. Gdy Sofokles wystawiał w teatrze nową tragedię, przychodziło pół Aten. Współczesnej poezji brakuje ambicji wielkości, zadowala się ona małą salką i dziesięciorgiem udających zamyślenie słuchaczy.

MG: Surowo oceniasz środowisko, zresztą nie jesteś odosobniony w tej ocenie.
Może po prostu mała salka i dziesięcioro słuchaczy to dzisiejsze realia?
A jeśli właśnie któryś z tych dziesięciorga słuchaczy podejdzie po spotkaniu i powie "bardzo podobają mi się pana wiersze"? :) Ostatnio słychać sporo głosów, mówiących o tym, że współczesna poezja jest potrzebna tylko poetom. Rzeczywiście tak jest?


MF: Nie całe środowisko oceniam surowo, tylko jakąś jego część, zresztą te „nieodosobnione głosy” to nie są głosy znikąd, tylko ze środowiska właśnie. Inna sprawa, że nie przedstawiam tu prawdy obiektywnej, a tylko moje osobiste odczucia. Mówienie o realiach to taki argument piłkarski – nasi grają, jak grają, bo jesteśmy biednym krajem, bo nie ma pieniędzy na boiska, na szkolenie młodzieży i tak dalej, no takie są po prostu realia, że ci piłkarze lepiej nie zagrają – a biedniejsi od nas Słowacy dokopali Włochom! Da się? Da się! To nieprawda, że współczesna poezja potrzebna jest tylko poetom. W Polsce istnieje olbrzymi głód poezji, tyle że głodni chcąc nie chcąc muszą się żywić dziełami nieboszczyków – Staffa, Leśmiana, Tuwima, Gałczyńskiego, Stachury czy Harasymowicza. Biedny polski czytelnik miałby ochotę na schabowego z ziemniakami i kapustą, a może liczyć jedynie na sushi. Sushi jest niby bardziej wykwintne i w ogóle bardzo ostatnimi czasy modne (no chyba że już nie, moda to nie jest mój konik), ale jednak nie każdemu podchodzi. Problem leży nie w tym, jaka poezja jest „w obiegu”, tylko w tym, że ta poezja, która jest, ma w praktyce na tę swoją obecność monopol. Nie tak dawno spotkała mnie miła niespodzianka – synowa znajomych moich rodziców usłyszała – bodajże od mojej byłej bratowej – że piszę wiersze, znalazła mnie w internecie, poprosiła o przesłanie tomiku, co też zrobiłem, i była nim zachwycona. Problem w tym, że gdyby nie powiązania rodzinno-towarzyskie, nigdy by się o mnie nie dowiedziała. Ani ona, ani ja nie dostalibyśmy na to szansy. Większość odwiedzających księgarnie szerokim łukiem omija regał z poezją, bo wie, że nic tam ciekawego raczej dla siebie nie znajdzie, co najwyżej tomik Szymborskiej jako uniwersalny prezent dla cioci na imieniny. A weź pod uwagę, że ludzie odwiedzający księgarnie to nie ci sami, którzy mają w zwyczaju odwiedzać bazary czy dyskoteki.

MG: Trudno się z Tobą nie zgodzić. Z czego więc, Twoim zdaniem wynika owo "omijanie półek z poezją"?

MF: Z tego, że poezja stara się być mądrzejsza od czytelnika.

MG: O nie, tak łatwo się nie wywiniesz :) Wyjaśnij, w jakim sensie „mądrzejsza”?

MF: W takim, że nie zakłada równości między poetą a czytelnikiem, nadawcą a odbiorcą, i oczekuje, że to czytelnik, jak to się ładnie mówi, „zada sobie trud zrozumienia” i w końcu zrozumie, co poeta chciał mu powiedzieć. É come ti parlassi in una lingua sconosciuta ed esigessi, che tu comincerai a studiarla per capirmi.

MG: Mam rozumieć, że jesteś zwolennikiem poezji łatwej w recepcji? Czy to nie trąci jednak komercją?
Może warto, by sobie jednak czytelnik trochę tego trudu zrozumienia zadał?


MF: Ideałem jest dla mnie taki wiersz, w którym czytelnik dostaje na zachętę coś bez wysiłku, ale żeby dostać więcej, musi się nagimnastykować. Ta łatwość powinna być pozorna (śmiech).

MG: Wcześniej pytałam o te pozorną lekkość, czy to działa? Chce się jeszcze komuś „gimnastykować”?


MF: Głowa poety w tym, by tego kogoś do tej gimnastyki zachęcić (śmiech).

MG: W takim razie, na koniec zdradź mi, jeśli oczywiście to nie tajemnica, jakie masz plany? Nad czym teraz pracujesz?

MF: Czyszczę moje przekłady Iwana Bunina, które być może wejdą do antologii wierszy tego poety, która być może się ukaże, choć ciężko mi to idzie, bo jest upał. Poza tym czytam i obserwuję świat wokół mnie - a nuż coś mnie natchnie?

MG: Pozostaje nam liczyć, że natchnie i będziemy mogli podziwiać skutki owego natchnienia :). Bardzo dziękuję za rozmowę.

MF: Ja również dziękuję.



Maciek Froński

Spisek miernot

Już miałbym fanów rzeszę wierną,
Co by chłonęła moje dzieła,
Lecz się zawiązał spisek miernot
I sława ze mną się minęła.

Nie dla mnie zatem są splendory,
Nie mnie nadymać pychy balon,
Nikt mnie, przynajmniej do tej pory,
Na żaden nie chciał prosić salon.

Nie dla mnie kawka, podwieczorek,
Ten snobistyczny zestaw wszystek,
Szept zasuszonych profesorek,
Podziw wpływowych feministek.

Trybsz, 26 maja 2009 roku




Tykająca bomba
Horror psychologiczny


Wszedłem na drabinę i przed wzrokiem syna,
Ukryłem bezpiecznie tomik Tkaczyszyna,
Na najwyższej półce teraz sobie leży,
By w mym domu męskiej nie gorszyć młodzieży.

Poczułem cień ulgi, już nieco mi lepiej,
Lecz wciąż się myśl straszna w mej głowie telepie
I ciągle to jedno powraca pytanie:
Czy syn doń dostanie, czy też nie dostanie?

Już ślepi Tkaczyszyn z tej swojej jaskółki,
Już widzę, jak z wolna przekracza brzeg półki,
Już widzę, jak rośnie, jak coraz go więcej,
Przechyla się, spada – i prosto w te ręce!

Po com go kupował? Przeklęta godzina!
Tkaczyszyn, chcesz – mnie bierz, lecz oszczędź mi syna!

Mikołów, 26 listopada 2009 roku


Jaguar

Jest z jaguara kawał chuja,
Stuprocentowy mięsożerca.
Co mu tam byle marakuja?
Papaja? Nie ma do niej serca.

Kutas zatopi kły w tapirze
Albo zadusi kapibarę,
Pekari z ran się nie wyliże,
Nie umknie nic przed jaguarem.

Jaguarowi awokado
Nawet się nie chce śnić w koszmarach…
Smak krwi czuć w pysku – to dlań radość!
Jest kawał chuja z jaguara.

Mikołów, 3 marca 2010 roku



22.07.2010

boże ciało


zła kobieta, niedobra. jej dzieci
też byłyby złe,
więc tak jest lepiej,
nikt nie kłamie, po prostu
mijamy się z prawdą.

we śnie przychodzi Johan Edlund
i okazuje się nie być bogiem,
ma pył w ustach i traci głos,
dlatego musi zostać
jedynie ciałem.

pracownik firmy pogrzebowej
pali, wpatrując się w rozdęty korpus
dwudziestoletniej topielicy,
w miejsce, gdzie jeszcze niedawno
na pewno miała piersi.

tuż przed procesją
matki białych dziewczynek
odcinają kwiatom głowy.
spójrz pod nogi. oto jest
dzień, który dał nam pan.

MG

21.07.2010

dzień z życia manichejczyków - EDWARD PASEWICZ




Zaczynam rozumieć
co mówisz przez sen
i kogo wołasz.
Przyzwyczajam się,
to nie miejsce a brak.
Za rzeczami ich
interpretacje. Prasujesz?
Ja też codziennie
oglądam swoją twarz.
Ciułam te słówka
jakbym ich grozę znał,
temat na osobny wieczór,
bo ta delikatność się mści,
ty nie możesz wyjść
i ja nie wychodzi,
pod pozorami jadą
hrabalovskim pociągiem,
tyją w przedziale
i tyle tej troski; mam
ciebie ciągle mam,
pętla, noc, zagwozdki.

z tomu "Drobne! Drobne!"

19.07.2010

Bazooka lęku czyli gdyby babcia miała kółka – Stanisław Pawłowicz „Dotyk”


Debiutanckie tomy poezji to zmora recenzentów i zaczynam rozumieć dlaczego. Trzymam w ręku debiut Stanisława Pawłowicza, rocznik 1953 zakładać by można, że poezja dojrzała, człowiek ukształtowany. Jak wiemy wiek i doświadczenie – bezcenne.

Zacznijmy od kompozycji: sto cztery wiersze podzielone na siedem części. Opatrzone słowem wstępnym przez Ryszarda Rodzika i Annę Kajtochową. Ryszard Rodzik dopatrzył się w poezji Pawłowicza cyt. „ogromnego porządku i zdyscyplinowania. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu – precyzyjnie dobrane elementy tworzą doskonale funkcjonujący mechanizm” i dalej „ w swoich wierszach osiągnął Pawłowicz subtelną granicę nadziei i spełnienia prawdziwego uczucia. Co nam te słowa mówią konkretnego o poezji Stanisława Pawłowicza? Otóż NIC. Te cytaty z powodzeniem można zastosować do większości debiutanckich (i nie tylko) tomów poezji., stanowią doskonałe, „bezpieczne” ogólniki. Pani Kajtochowa natomiast zauważa, iż „ użyte w Dotyku środki artystyczne są tradycyjne, chociaż poetykę cechuje cięta metafora, racjonalnie używany język kolokwialny, zastosowanie paradoksu, skrótu myślowego itp.” Pani Anna nawet pozwoliła sobie na proroctwo i tu muszę zacytować końcowy fragment Jej wywodu: „tym wszakże, co wyróżnia tę twórczość jest osobiste zaangażowanie, temperament, ironia, sarkazm, przekora i krytycyzm dostrzeżonych anomalii psychologicznych i społecznych. To dobre prognozy na przyszłość, pozwalają na owocny kontakt z czytelnikiem, który dzięki tym cechom stylu z pewnością zapamięta nazwisko autora i sięgnie po następną jego książkę”. Komentarz do powyższego całkowicie zbędny, wszystko czarno na białym, pisownia jak najbardziej oryginalna.

Niestety jakie słowo wstępne, taka cała książka. Koncepcja kompozycyjna tomu na podziale na części się niestety kończy. Czytając odniosłam wrażenie, że koniecznie trzeba było jakoś te wiersze pogrupować mniej więcej tematycznie, więc pogrupowano, przy czym między kolejnymi „rozdziałami" jakichkolwiek powiązań nie znalazłam. Jedynym „wspólnym mianownikiem” jest tutaj obecność Boga. Język tych wierszy zdradza nieokiełznane wręcz zamiłowanie autora do metafor dopełniaczowych. Ten środek stylistyczny jest stosowany w ilościach hurtowych, jak można się domyślać, kolokwialnie rzecz ujmując Pawłowicz „idzie w ilość, a nie w jakość”. Myśli niedoczesane nie tylko nie nawiązują w żaden sposób do Leca (na co początkowo liczyłam, gdyż aluzja w tytule była dla mnie czytelna) ale obfitują w stwierdzenia typu : „ jestem upadłym aniołem […] z pożogi wygnania odrastają mi skrzydła” czy „ zdjęłaś ręce z klawiatury serca” . Dalej w kolejnych wierszach pojawiają się „kromki serca” , „kwadrat nocy”, „skraj sensu”. Faktycznie są niedoczesane przede wszystkim stylistycznie, gramatycznie i logicznie, rzekłabym targają czytelnikiem z siłą sztormu. W części pt: „Pisane szeptem” Pawłowicz zwraca się bezpośrednio do kobiety. Czy jest to jednak konkretna kobieta, czy jest ich kilka, czy jest to po prostu archetyp kobiecości trudno stwierdzić. Natomiast można stwierdzić z całą pewnością, iż owa istota wzbudza w podmiocie lirycznym emocje, których wyrazić nie sposób, w przeciwnym bowiem przypadku na pewno autor uniknąłby „wyciągania ramion serca” a „cień bezimienny” nie przysłaniałby światła „mową złowrogą” .
W przypadku tomu „Dotyk” sprawdza się przysłowie mówiące, ze im dalej w las, tym więcej drzew. Pawłowicz nie tylko nie potrafi posługiwać się metaforą, ale treść jego utworów zdradza poważne braki w gramatyce, składni, logice. Często występują równoważniki zdań ułożone w wersy na zasadzie (chyba) strumienia świadomości. Autor w ogóle nie panuje nad wierszem. Karkołomne próby lingwistyczne są wręcz groteskowe, co jest dostrzegalne głównie w tytułach: „niedologiczność” czy „sensotron”. Niespotykane kuriozum autor osiąga jednak dopiero w wierszu pt . „Dorożka”. Z założenia zapewne miało być kolejne nawiązanie – tym razem do Białoszewskiego, niestety wyszło jak zwykle: koń się potknął o czyjś żal, zadrżało w stuk kopyta serce stopytajnie i popłynął klipo klapiąc do Wawelu dodajmy, że popłynął w klipopląsie, i kopytstuku.
Od iście (pseudo)Konradowskiego buntu i wygrażania Bogu palcem, przez postawę znamionującą częściowe pogodzenie się , po łagodną rezygnację autor miota się w sprzecznościach i potyka o własne słowa. I w tym miejscu nie zgodzę się z panem Rodzikiem – nawet jeśli to jest mechanizm, to złożony naprędce, niewprawną ręką i bez znajomości podstawowych zasad mechaniki, wskutek czego zacina się i trzeszczy. Jeśli zaś chodzi o „osiąganie subtelnej granicy nadziei i spełnienia prawdziwego uczucia” to chciałabym zapytać gdzie leży ta granica? Nade wszystko jednak chciałabym zapytać czym jest prawdziwe uczucie , w czym się ono objawia? Bo przecież nie „w lakmusowym śladzie oddechu” czy „drżących kastanietach serca”. Natomiast dostrzeganego przez pana Rodzika spełnienia nie odnajduję nawet gdy „teatr życia opuszcza i podnosi sukienki kurtyn dla pokazania kolan ciekawszego świata”. Język Pawłowicza to dla mnie twór sztuczny, jego egzaltacja natomiast przekracza granice dobrego smaku i staje się groteskowa. Odnoszę nieodparte wrażenie, że autor nie ma bladego pojęcia o czym chciał napisać, w związku tym napisał o wszystkim, czyli de facto o niczym.
Jeśli chodzi o panią Kajtochową, faktycznie, zaangażowania autorowi nie można odmówić, natomiast poszukiwałam niestrudzenie śladów owej ironii, sarkazmu i krytycyzmu (sic!) anomalii społecznych i psychologicznych i z wielkim bólem muszę oznajmić, iż nie znalazłam. Chyba, że wspomniana ironia objawia się w wierszu pt „ matriks rozbudzony”, którego jedną strofę pozwalam sobie przytoczyć:
W szansach pożegnania schematów
Zakrzykuję wydoroślałym ego
W bólu metasensu zachwytów
W olimprasji skłóconych bogów

(cokolwiek miałoby to znaczyć rzecz jasna). W jednym natomiast muszę się z panią Kajtochową zgodzić, faktycznie dzięki „cechom stylu” trudno nie zapamiętać nazwiska autora, natomiast mam poważne wątpliwości czy właśnie w ten sposób Stanisław Pawłowicz chciałby zostać zapamiętany. Gdyby babcia miała kółka – to by był autobus, żeby być poetą, nie wystarczy układać słów w wersy, a wersów w strofy.


MG

15.07.2010

Mistyka i zmysły - MARCIN BARAN w KontenerArt




Zapraszamy na spotkanie z Marcinem Baranem
w dniu 17 lipca 2010r
KontenerArt - Stare Koryto Warty ul. Chwaliszewo
Poznań
Godz. 20.30
prowadzenie Edward Pasewicz

Marcin Baran (ur. w 1963 w Krakowie), poeta, eseista, dziennikarz. Absolwent polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W latach 80. i 90. związany z pismem brulion. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych poetów średniego pokolenia. Debiutował w 1990 r. tomem Pomieszanie. Opublikował wiele tomików wierszy, tom prozy poetyckiej Prozak liryczny, wraz z Marcinem Świetlickim i Marcinem Sendeckim zredagował antologię Długie pożegnanie. Tribute to Raymond Chandler. W 1997 r. nominowany do literackiej nagrody Nike za tom Zabiegi miłosne. Jego wiersze były tłumaczone m.in. na niemiecki, słoweński i czeski.

W latach 2000-2003 był związany z tygodnikiem Przekrój, później pracował w krakowskim Instytucie Książki, w TVP Kultura. Obecnie I zastępca redaktora naczelnego i sekretarz redakcji w Dzienniku Polskim.

Przestrzelone kolana - DAREK FOKS


Przestrzelone kolana,
bo wczoraj kupiłem
dwa niepotrzebne żywce
i niosłem je za plecami
jak butelki z benzyną.

Przestrzelone kolana,
bo palenie szkodzi zdrowiu.

Przestrzelone kolana,
bo Isabella Rossellini
kwestowała na Powązkach,
a ja nie miałem drobnych.

Przestrzelone kolana,
bo wydałem drobne
na dwa niepotrzebne żywce,
które niosłem za plecami
jak butelki z benzyną.

Przestrzelone kolana,
bo cały dzień
chodziłem bez celu.

Przestrzelone kolana,
bo za chwilę
zadzwoni do mnie z Haiti
Hannibal Lecter.

Przestrzelone kolana,
bo Jodie Foster
nigdy do mnie nie zadzwoni,
chociaż z przyjemnością
rozwaliłbym dla niej
jakiegoś prezydenta
czy gwiazdę folku.

Przestrzelone kolana,
bo przed chwilą
dzwonił do mnie z Haiti
Hannibal Lecter.

Przestrzelone kolana,
bo listonosz
zawsze strzela dwa razy.

Przestrzelone kolana,
bo gramy z kolegami muzykę
góralską z elementami
bałkańskimi w celu wyrwania
większej gotówki.

Przestrzelone kolana,
bo kolegów
poznałem w szpitalu.

Przestrzelone kolana,
bo przestrzelona dorożka,
przestrzelony dorożkarz,
przestrzelony koń.

12.07.2010

DAREK FOKS W KontenerArt




Zapraszamy na spotkanie z Darkiem Foksem
w dniu 13.07.2010r
KontenerArt - Stare Koryto Warty ul. Chwaliszewo
Poznań
Godz. 20.30.

prowadzenie: Edward Pasewicz.

DAREK FOKS (ur. 1966) - poeta, prozaik, scenarzysta. Studiował na Wydziale Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie, ukończył scenariopisarstwo w PWSFTviT w Łodzi. Autor książek poetyckich "Wiersze o fryzjerach" (1994), "Misterny tren" (1997), "Sonet drogi" (2000), "Przecena map. Wiersze z lat 1987-1997" (2005) i "Ustalenia z Maastricht" (2006). Za prozatorskie można uznać jego książki "Orcio" (1998), "Pizza weselna" (2000) i "Mer Betlejem" (2003). Laureat m.in. głównej nagrody w konkursie poetyckim "bruLionu" (1993) i Nagrody Literackiej im. Natalii Gall (1999). Pojawił się dwukrotnie wśród nominowanych do Paszportu "Polityki". W 2005 roku wspólnie ze Zbigniewem Liberą opublikował książkę "Co robi łączniczka", którą wyróżniono Nagrodą TVP Kultura i nominowano do Nagrody Literackiej Gdynia. Książka ukazała się także po francusku w przekładzie Erika Veaux. Jego wiersze i opowiadania tłumaczono na kilkanaście języków. Pracuje w redakcji "Twórczości".

05.07.2010

naleśniki


on ma takie pewne palce
kiedy miesza tytoń, wsypuje, skręca,
nagle drzewa przybierają kształt zwierząt,
a ciało obok niej nie należy do nikogo.
jest kawałkiem oddychającego mięsa,
złożonym na pół, wypełnionym farszem.

nazajutrz kawa o szóstej rano,
lepka pościel, pełna treści rozmowa,
widok na rzekę i porcja meksykańskich
zjedzonych pospiesznie, bo tramwaj,
pociąg oraz inne środki,
byle dalej, szybciej, do celu.

strach posiada go w całości,
zajmuje jej miejsce. ona wraca
łudzić się, że ma wybór,
wystarczy, że postawi krzyżyk
na wybranym kandydacie.

O zniewól mnie, zniewól! Poezja kobieca - MACIEK FROŃSKI


O zniewól mnie, zniewól! Bądź władcą mi, panem!
Poskładaj emocje w mym sercu rozchwiane!
Uspokój niepokój, co biedną mną miota,
Bo przecież kobieta to słaba istota ...
A gdy już zniewolisz, ucałuj me oczy
I niech mnie, bezpieczną, twe ramię otoczy,
Wargami pieść szyję i nadaj sens nocy.
Chcesz tylko - to upust swej męskiej daj mocy,
Niech zagra w mym ciele jak Nil w kataraktach...
O tak tak tak tak tak, o tak tak tak tak tak...


z tomu "Poezja spokoju moralnego" 2008r


DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY CZ.5


„Klarowność jest może wyznacznikiem zdyscyplinowanej inteligencji, lecz świadczy o braku duchowego bogactwa i wewnętrznego napięcia. Od napisanej jasno strony, od kartki, której treść jest dla mnie całkowicie dostępna i czytelna o każdej porze dnia i w każdym momencie życia, nie budzącej jednak we mnie nic, nie wiodącej mnie ku medytacji, gdyż znajduję tam tylko to, co jest napisane, od subtelnej, lecz jałowej dystynkcji, wolę stronicę, której przeczytanie będzie triumfem, która jest nieczytelna i niezrozumiała dla tych jedynie, co nie wiedzą, że płodne myślenie nie znosi pospolitych form. Powszechnie dostępna jasność to płycizna, bo mówić coś wszystkim znaczy uciekać od tajemnicy, niszczyć intensywność i pierwotną intuicję, zastępując je niedokładnym i nic nie wyrażającym schematem.” - E.M. Cioran
Powyższy cytat zmusił mnie do zastanowienia się nad tzw klarownością tekstu. Jako, że popełniam wiersze, będę się zastanawiać głównie nad klarownością tekstu poetyckiego, czyli wiersza właśnie.
Z czego składa się wiersz? Idąc tropem znanego dowcipu: z przedwiersza, śródwiersza i zawiersza, ech gdyby to było takie proste, to nic – tylko wszystkie teksty, które mają z lewej równo, a z prawej poszarpane byłyby wierszami. Wiersz składa się z treści i formy – tak to sobie sprytnie wykombinowałam na własne potrzeby. Czyli najpierw wiemy O CZYM chcemy napisać, później dochodzimy do tego JAK. I owo „JAK” jest niczym innym, jak formą.
Cioran stosuje ogólniki w rodzaju „subtelnej i jałowej dystynkcji” czy „ pospolita forma”. Niestety nie jest nam dane dowiedzieć się, co właściwie Cioran ma na myśli, więc „hulaj dusza. Piekła nie ma”.
Śledzę wystarczająco długo tzw. poezję współczesną, by nie natknąć się na tzw „poetyckich anarchistów”. Nawet jeśli piszą o czymś – a to już sukces, to piszą tak, że nie wiadomo, czy właściwie napisali wiersz, refleksję, dygresję? Nie znajduję w wielu tekstach żadnego uzasadnienia dla układania ich w wersy. Nie ma rytmu, nie ma składni, nie ma logiki. Wolny strumień myśli i skojarzeń zapisany jak popadnie, a ewentualne uwagi ripostują właśnie ową „tajemnicą”, o której Cioran wspomina, drugim dnem, trzecim dnem, a nawet piętnastym. W tym momencie we mnie rodzi się podejrzenie, iż tak naprawdę poeta nie wie o czym napisał i czeka na interpretację czytelnika, ustalając w ten sposób treść wiersza. W zasadzie tego typu postępowanie jest domeną tzw „poetów internetowych”, ale zdarza się i debiutantom, laureatom konkursów itd.
Myślę sobie, że forma jest ważna, oczywiście nie powinna przesłaniać treści, nie powinna nad nią dominować, ale forma pomaga przekazać treść. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, iż to, jak zapiszemy wiersz w konsekwencji spowoduje to, jak on zostanie odebrany. Jeśli coś ma milion interpretacji to najczęściej jest o niczym. Idąc tropem myślowym Ciorana: wszystko, co jest klarowne – jest „pozbawione duchowego bogactwa i wewnętrznego napięcia”. Pan wybaczy, Panie Cioran, ale to bzdura. Spójrzmy choćby na wiersze Lowella, Audena, Eliota.
Dla mnie, wychowanej poetycko m.in. na Wittgensteinie oczywistym jest, iż „logicznym obrazem faktów jest myśl. Myśl jest to zdanie sensowne”, wszelki chaos nie ma racji bytu. Ktoś mi ostatnio powiedział, że jestem formalistką. Jeżeli dbałość o formę, dzięki której chcę przekazać to, co mam do powiedzenia nazwiemy formalizmem to ok. jestem formalistką i bardzo to sobie cenię.
W jednej z rozmów o pisaniu Edek Pasewicz powiedział mi, że Jego zdaniem w poezji najważniejsze są dwie rzeczy: logika i składnia. Potraktowałam tę radę poważnie i okazało się, że jest jak najbardziej słuszna. Kto zna wiersze Edwarda Pasewicza, ten wie, o czym piszę., ani logika, ani składnia wierszom Edka nie zaszkodziły – wręcz przeciwnie :).
Gdyby faktycznie forma utylizowała duchowe bogactwo i wewnętrzne napięcie, to wiersze Lowella, Rilkego, Grochowiaka, Leśmiana – byłyby nudnymi historiami, w których nie ma właściwie nic do odkrycia. Konkludując: klarowność nie jest dla mnie tożsama z „kawą na ławę”, a forma nie morduje treści pod warunkiem, że treść nie jest do niej dostosowywana.

Tomasz Gerszberg w KontenerArt.




7 lipca 2010r (środa) o godz. 20.30
odbędzie się spotkanie
z Tomaszem Gerszbergiem


W kraju, w którym co drugi majaczący poeta nie uważa, by wiedza, intelekt, wykształcenie i tak zwane obycie w świecie były niezbędne do pisania, odczuwania i odczytywania poezji, w kraju tym Tomasz Gerszberg jest chlubnym wyjątkiem. Jego propozycja to nie tylko intelektualnie przewrotna gra z czytelnikiem, ale też pełna humoru i czułości obserwacja życia.

Miejsce: KontenerArt - Stare Koryto Warty - Poznań
prowadzenie: Edward Pasewicz


ZAPRASZAMY

03.07.2010

Katalog - JERZY JARNIEWICZ


Ona, słyszysz, nie słyszy. Słucha -
ma uszach słuchawki.
Po znakach ani śladu, zostały tylko przedmioty,
nieznośnie przywiązane do samej pojedynczości:
pendrive, komórka, suszarka z dyfuzorem.
Tuzinkowy katalog jak proteza porządku.

Ona, widzisz, nie widzi. Patrzy -
na szybko krajobraz, który się składa za oknem:
czołg poradziecki, wiadukt, skierniewicki cmentarz.
Mógłby wziąć ją za rękę, ale wzięciem
- wie, bo jakże - niczego nie załatwi. Nie
zatrzyma pociągu. Po śladach mógłby dotrzeć.
Trop zatrzeć. Zedrzeć żałobny tiszert.

Właśnie, to było u niej? W podróży?
Na cudzym prześcieradle? W rekwizytorni,
gdzie laptop, błyszczyk, obcinacz do paznokci,
i ani znaku na potem? Gubi
współrzędne. Nie składa mu się
zdanie, nie układa w języku. Nie słyszy.


z tomu "Makijaż"


01.07.2010

Darth Vader strzela karnego




w dziewięćdziesiąt minut znów nie dali rady,
ni piłki, ni gola, ni płaszcza, ni szpady.
ni chuja, jak mówią, więc zostało jeszcze
jedenaście metrów i nerwy i dreszcze.

kto wykona wyrok na złym przeciwniku,
kiedy na murawie chętnych jest bez liku?
może wódz ekipy? strzelec wyborowy,
choć już raz nawalił, ale jest gotowy

by pokazać światu, że jeszcze potrafi.
może cud się stanie i akurat trafi?
wszyscy są niepewni, trener zerka w górę,
uśmiecha się chytrze, gdy dostrzega chmurę

co spada na trawę, niczym manna z nieba
o tak! o to chodzi! tego nam potrzeba!
z chmury się wyłania niczym mesjasz jaki
Darth Vader, odziany w płaszczyk i kozaki.

Już do piłki zmierza z prędkością kosmiczną
w osłupienie wprawia widownię tak liczną,
strzela! Proszę państwa co się tutaj dzieje!
Bramkarz na łeb dostał, publika szaleje.

Piłka lecąc z dala grozi, szumi, wyje
ryczy jak byk ranny, miota się, grunt ryje.
Już padła! Jak boa śród słupków się zwija,
pali strzałem, pruje i świstem zabija.

I gooool! Proszę Państwa! Mamy jeden zero
trafił tak z polotem Lord Vader dopiero,
lecz po jego strzale, co się często zdarza
trzeba wynieść zwłoki, tym razem bramkarza.

Morał z tej historii jest wręcz oczywisty,
kiedy chce się słyszeć piłki groźne świsty
i oglądać bramki, trza ustawić w polu
total-wymiatacza, kos-maga futbolu.

MG

MAANAM - Nic dwa razy