Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


19.07.2010

Bazooka lęku czyli gdyby babcia miała kółka – Stanisław Pawłowicz „Dotyk”


Debiutanckie tomy poezji to zmora recenzentów i zaczynam rozumieć dlaczego. Trzymam w ręku debiut Stanisława Pawłowicza, rocznik 1953 zakładać by można, że poezja dojrzała, człowiek ukształtowany. Jak wiemy wiek i doświadczenie – bezcenne.

Zacznijmy od kompozycji: sto cztery wiersze podzielone na siedem części. Opatrzone słowem wstępnym przez Ryszarda Rodzika i Annę Kajtochową. Ryszard Rodzik dopatrzył się w poezji Pawłowicza cyt. „ogromnego porządku i zdyscyplinowania. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu – precyzyjnie dobrane elementy tworzą doskonale funkcjonujący mechanizm” i dalej „ w swoich wierszach osiągnął Pawłowicz subtelną granicę nadziei i spełnienia prawdziwego uczucia. Co nam te słowa mówią konkretnego o poezji Stanisława Pawłowicza? Otóż NIC. Te cytaty z powodzeniem można zastosować do większości debiutanckich (i nie tylko) tomów poezji., stanowią doskonałe, „bezpieczne” ogólniki. Pani Kajtochowa natomiast zauważa, iż „ użyte w Dotyku środki artystyczne są tradycyjne, chociaż poetykę cechuje cięta metafora, racjonalnie używany język kolokwialny, zastosowanie paradoksu, skrótu myślowego itp.” Pani Anna nawet pozwoliła sobie na proroctwo i tu muszę zacytować końcowy fragment Jej wywodu: „tym wszakże, co wyróżnia tę twórczość jest osobiste zaangażowanie, temperament, ironia, sarkazm, przekora i krytycyzm dostrzeżonych anomalii psychologicznych i społecznych. To dobre prognozy na przyszłość, pozwalają na owocny kontakt z czytelnikiem, który dzięki tym cechom stylu z pewnością zapamięta nazwisko autora i sięgnie po następną jego książkę”. Komentarz do powyższego całkowicie zbędny, wszystko czarno na białym, pisownia jak najbardziej oryginalna.

Niestety jakie słowo wstępne, taka cała książka. Koncepcja kompozycyjna tomu na podziale na części się niestety kończy. Czytając odniosłam wrażenie, że koniecznie trzeba było jakoś te wiersze pogrupować mniej więcej tematycznie, więc pogrupowano, przy czym między kolejnymi „rozdziałami" jakichkolwiek powiązań nie znalazłam. Jedynym „wspólnym mianownikiem” jest tutaj obecność Boga. Język tych wierszy zdradza nieokiełznane wręcz zamiłowanie autora do metafor dopełniaczowych. Ten środek stylistyczny jest stosowany w ilościach hurtowych, jak można się domyślać, kolokwialnie rzecz ujmując Pawłowicz „idzie w ilość, a nie w jakość”. Myśli niedoczesane nie tylko nie nawiązują w żaden sposób do Leca (na co początkowo liczyłam, gdyż aluzja w tytule była dla mnie czytelna) ale obfitują w stwierdzenia typu : „ jestem upadłym aniołem […] z pożogi wygnania odrastają mi skrzydła” czy „ zdjęłaś ręce z klawiatury serca” . Dalej w kolejnych wierszach pojawiają się „kromki serca” , „kwadrat nocy”, „skraj sensu”. Faktycznie są niedoczesane przede wszystkim stylistycznie, gramatycznie i logicznie, rzekłabym targają czytelnikiem z siłą sztormu. W części pt: „Pisane szeptem” Pawłowicz zwraca się bezpośrednio do kobiety. Czy jest to jednak konkretna kobieta, czy jest ich kilka, czy jest to po prostu archetyp kobiecości trudno stwierdzić. Natomiast można stwierdzić z całą pewnością, iż owa istota wzbudza w podmiocie lirycznym emocje, których wyrazić nie sposób, w przeciwnym bowiem przypadku na pewno autor uniknąłby „wyciągania ramion serca” a „cień bezimienny” nie przysłaniałby światła „mową złowrogą” .
W przypadku tomu „Dotyk” sprawdza się przysłowie mówiące, ze im dalej w las, tym więcej drzew. Pawłowicz nie tylko nie potrafi posługiwać się metaforą, ale treść jego utworów zdradza poważne braki w gramatyce, składni, logice. Często występują równoważniki zdań ułożone w wersy na zasadzie (chyba) strumienia świadomości. Autor w ogóle nie panuje nad wierszem. Karkołomne próby lingwistyczne są wręcz groteskowe, co jest dostrzegalne głównie w tytułach: „niedologiczność” czy „sensotron”. Niespotykane kuriozum autor osiąga jednak dopiero w wierszu pt . „Dorożka”. Z założenia zapewne miało być kolejne nawiązanie – tym razem do Białoszewskiego, niestety wyszło jak zwykle: koń się potknął o czyjś żal, zadrżało w stuk kopyta serce stopytajnie i popłynął klipo klapiąc do Wawelu dodajmy, że popłynął w klipopląsie, i kopytstuku.
Od iście (pseudo)Konradowskiego buntu i wygrażania Bogu palcem, przez postawę znamionującą częściowe pogodzenie się , po łagodną rezygnację autor miota się w sprzecznościach i potyka o własne słowa. I w tym miejscu nie zgodzę się z panem Rodzikiem – nawet jeśli to jest mechanizm, to złożony naprędce, niewprawną ręką i bez znajomości podstawowych zasad mechaniki, wskutek czego zacina się i trzeszczy. Jeśli zaś chodzi o „osiąganie subtelnej granicy nadziei i spełnienia prawdziwego uczucia” to chciałabym zapytać gdzie leży ta granica? Nade wszystko jednak chciałabym zapytać czym jest prawdziwe uczucie , w czym się ono objawia? Bo przecież nie „w lakmusowym śladzie oddechu” czy „drżących kastanietach serca”. Natomiast dostrzeganego przez pana Rodzika spełnienia nie odnajduję nawet gdy „teatr życia opuszcza i podnosi sukienki kurtyn dla pokazania kolan ciekawszego świata”. Język Pawłowicza to dla mnie twór sztuczny, jego egzaltacja natomiast przekracza granice dobrego smaku i staje się groteskowa. Odnoszę nieodparte wrażenie, że autor nie ma bladego pojęcia o czym chciał napisać, w związku tym napisał o wszystkim, czyli de facto o niczym.
Jeśli chodzi o panią Kajtochową, faktycznie, zaangażowania autorowi nie można odmówić, natomiast poszukiwałam niestrudzenie śladów owej ironii, sarkazmu i krytycyzmu (sic!) anomalii społecznych i psychologicznych i z wielkim bólem muszę oznajmić, iż nie znalazłam. Chyba, że wspomniana ironia objawia się w wierszu pt „ matriks rozbudzony”, którego jedną strofę pozwalam sobie przytoczyć:
W szansach pożegnania schematów
Zakrzykuję wydoroślałym ego
W bólu metasensu zachwytów
W olimprasji skłóconych bogów

(cokolwiek miałoby to znaczyć rzecz jasna). W jednym natomiast muszę się z panią Kajtochową zgodzić, faktycznie dzięki „cechom stylu” trudno nie zapamiętać nazwiska autora, natomiast mam poważne wątpliwości czy właśnie w ten sposób Stanisław Pawłowicz chciałby zostać zapamiętany. Gdyby babcia miała kółka – to by był autobus, żeby być poetą, nie wystarczy układać słów w wersy, a wersów w strofy.


MG

8 komentarzy:

  1. wow ! - a miałaś nie recenzować tej książki :)

    jeśli kiedyś powstałaby książeczka z moimi tekścikami ( co bardzo wątpliwie jest) - idę po recenzję do Ciebie Magd... jak w dym :)

    "W olimprasji skłóconych bogów" - matko boska ! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Grzesiu - no wiem, że miałam nie recenzować. Z zasady nie piszę negatywnych recenzji, ale tę napisałam po tym, kiedy zobaczyłam jak utwory owego Pana są chwalone na jednymz portali.
    Nie mylmy poezji z tym, co nią nie jest.
    A Ty Grześ swoich wierszy z opisywaną wyżej partyzantką nie porównuj, bo... będę musiała użyć groźby karalnej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. daj spokój Magd... ja dopiero raczkuje :)

    podoba mi się dosłowność tej recenzji i to - że zadziałała jak kontrargumentacja.

    na pewno się sięgnę po poezje owego autora :)

    OdpowiedzUsuń
  4. oj Grześ, to życze samozaparcia naprawdę :) i trzymam kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ojej - miało być NIE SIĘGNĘ !!!!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. uff :) bo naprawde powaznie mnie wystraszyłeś :)

    OdpowiedzUsuń
  7. sam nie wiem jak to pierwsze "się" - zamiast "nie" - wskoczyło :)

    dobrego Magd...

    OdpowiedzUsuń
  8. Pani Magdo, czytam z uwagą ten blog od dawna. Powyższa recenzja zainteresowała mnie z kilku powodów.Pierwszym jest osoba p.Anny Kajtochowej, która opatrzyła słowem tom wierszy, na którym to tomie Pani nie pozostawiła suchej nitki.Otóż p.Anna Kajtochowa - poetka, powieściopisarka, dziennikarka znana i uznana nie tylko w środowisku krakowskim ale poza granicami kraju, podam przykład: członkini honorowa Polish American Poets Academy (USA). Odznaczona (2008) odznaką "Honoris Gratia" w uznaniu zasług dla Krakowa i jego mieszkańców.To o czymś świadczy - przyzna Pani.
    Pani Magdo, napisała Pani, że: "Niestety jakie słowo wstępne, taka cała książka ", wg mnie takie stwierdzenie jest chyba zbyt ryzykowne.Swoją recenzją zachęciła mnie Pani do przeczytania omawianej książki - jeśli uda się kupić ten tomik, bo dowiaduję się z tego co Pani tutaj napisała, " że utwory owego Pana są chwalone na jednym z portali ".Zastanawiam się co Panią bardziej zbulwersowało, książka ?/ czyli partyzantka nie wiersze :)/ , czy fakt, że właśnie taka " partyzantka " jest chwalona przez czytelników jednego z portali ? a może jedno i drugie.
    Wiem jedno,na pewno sięgnę po tę książkę po przeczytaniu Pani recenzji.

    Bardzo serdecznie pozdrawiam
    fanka Pani poezji

    OdpowiedzUsuń