Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


15.08.2010

No love lost - EMINEM "Recovery"


Zastanawiam się, co właściwie pociąga mnie w hip – hopie i chyba przede wszystkim rytm, zaraz potem tekst i wykonanie. Jeśli chodzi o to ostatnie, mało jest wykonawców tego gatunku, którzy robią to na poziomie, dla których liczy się muzyka, a pozostają obojętni na gadżety oraz lansowany image. Do tego typu artystów zaliczam Eminema, dlatego z ogromną ciekawością oczekiwałam jego nowej płyty, zastanawiając się co nowego może mi zaproponować? Czym zaskoczyć? Słucham albumu „Recovery” trzeci dzień z rzędu i wcale nie mam ochoty przestać. Rzadko zdarza się płyta, na której nie byłoby słabego utworu, na najnowszym krążku Eminema - nie ma (no proszę, nawet zaczęłam rymować)/ Można mieć co prawda wątpliwości, do promującego album singla „Not afraid”, bo chwytliwy, bo przebojowy, bo łatwo wpadający w ucho, owszem – to wszystko prawda, ale na pewno nie słaby. Monsieur Marshall nie zawodzi i tym razem zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej i aranżacyjnej. Słychać tu brzmienie zdecydowanie ostrzejsze, momentami przywodzące na myśl dokonania Beastie Boys czy Cypress Hill, echa tych ostatnich ( a ściśle płyty Skull & Bones”) pobrzmiewają mi szczególnie w utworze „On Fire”, ale echa owych muzycznych inspiracji nie powodują wtórności. Eminem pozostaje Eminemem, którego nie można pomylić z nikim innym. Głos, charakterystyczny sposób „wygłaszania” tekstów pozostają niezmienione. Ciekawie na „Recovery” wypadają duety, odnoszę wrażenie, że Eminem pozwala – w granicach swojej wizji danego utworu – na całkowite , muzyczne bycie „sobą” i świetnie łączy obie estetyki. Przykładem jest choćby niesamowicie energetyczny i fantastycznie wykonany kawałek „Won’t Back Down” w duecie z Pink.
Ktoś może powiedzieć, ze to przecież nic nowego, bo mieliśmy już choćby duet z Dido, ale zapewniam, że duety na „Recovery” brzmią totalnie odmiennie, to już nie są kilkuwersowe i kilkutaktowe „wstawki”. Generalnie sporo na tym albumie eklektyzmu, którym - tak to odbieram – artysta się w swoisty sposób „bawi”.
W „Going Through Changes” słyszymy wokal Ozzy Osbourna, wpasowany w utwór do tego stopnia dobrze, że właściwie nawet mnie nie zdziwił ten pomysł. Z zaskoczeniem natomiast i z rozbawieniem odsłuchałam „No Love”, gdzie Eminem moim zdaniem sporo zaryzykował, opierając „kręgosłup” tego kawałka na dość obciachowym przeboju z lat 90-tych
„What Is Love”, który wykonywał Haddaway. Wyszedł z tego eksperymentu obronną ręką, potwierdzając swój dystans zarówno do trendów muzycznych, jak i do własnej twórczości. Jeżeli chodzi o teksty, jak zawsze oberwało się paru osobom z branży i nie tylko (Cinderella Man) choć generalnie na płycie mamy swego rodzaju spowiedź. Eminem nigdy nie owijał w bawełnę, więc i tym razem mówi wprost, bez ogródek o sprawach niełatwych i bolesnych zarówno dla niego, jak i dla jego bliskich.
Mnie ta konfesja nie razi, sprawia, ze jako artysta Eminem staje się wiarygodny.
Fani Eminema, fani hip – hopu po przesłuchaniu „Recovery” nie powinni być zawiedzeni. Marshall nie obniża lotów, nie ulega pokusie produkowania łatwych przebojów, zostaje przy swoim charakterystycznym, nieco szorstkim sposobie rozprawiania się z rzeczywistością.

MG

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz