Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


27.04.2011

Temat na jazdę, najazd na czas – Sławomir Płatek „Bez imienia”



Odnoszę wrażenie, że bardzo często debiutanckie tomy wierszy są formą swego rodzaju rozliczenia z przeszłością, jakby autor próbował zamknąć jeden rozdział i automatycznie otwierał nowy.
To wrażenie towarzyszyło mi przy rozpoczęciu lektury tomu Sławomira Płatka, w pierwszej jego części pt: Aleksandria. Można pomyśleć, że oto kolejny poeta wraca do krainy dzieciństwa, tutaj miejscami trochę w stylu Stachury, gdzie przyroda (czereśnie, leszczyny , lipy, szpaki) , wieś łemkowska i jej mieszkańcy budują obraz sielskiego dzieciństwa, a wszystko to jeszcze zabarwione lekką nostalgią w stylu to se ne vrati – czyli ewidentnie to-już-było. Czytam kończący tę część wiersz „sanktuarium relacji krynica – gdynia”

zamykam okno jak drzwi gontyny.
Czasem wydaje mi się, że wiem dlaczego
Bóg nie odpowiada na modlitwy


i zostaję przerzucona do Przerywnika z punktu A do punktu B, gdzie pierwszy wiersz budzi podejrzenia, że jednak w swoim czytelniczym zarozumialstwie niekoniecznie miałam rację:

dokąd jedziesz świecie
zabierając kolejne dworce
i strony w książkach
wodę w butelce
kanapki w workach
pasażerów bez śniadania
chmur i parasoli

a świat na to -
jadę w tył
na tym polega podstęp
(ale nie wiem, czy się nie przejęzyczył z tym „d” w środku)

[apostrofa]

Dalsza lektura uświadamia mi coraz wyraźniej koncepcję tej książki.
Żadne to w sumie odkrycie, że abyśmy mogli być tym, kim jesteśmy dzisiaj; w tym, a nie innym miejscu i co ważne, abyśmy mogli ruszyć dalej – konieczne jest posiadanie korzeni. Tych korzeni nie należy się wstydzić ani wypierać, nasze Aleksandrie kształtują nas „późniejszych”, tworzą ten świat jadący w tył, jako coś w rodzaju bezpiecznej przystani, do której można wrócić. Co prawda to już nie będzie dokładnie TA przystań, która opuściliśmy, ponieważ wszystko się zmienia; niemniej jednak pozostanie pewnym fundamentem.
Przerywnik..., czyli część druga dla mnie jest opowieścią o „tu i teraz” poety, o nierzeczywistej rzeczywistości twórcy. Sporo tu wierszy o … wierszach, jakby poeta przyglądał się sobie momentami ze zdziwieniem, momentami z pobłażliwością. Te wiersze cechuje duża doza autoironii, Płatek jest bystrym obserwatorem rzeczywistości, a bywa, że przygląda się rzeczom, na które ktoś inny w ogóle nie zwróciłby uwagi lub rozważa kwestie tak oczywiste, że czytelnik zostaje zaskoczony najpierw faktem samego zastanawiania się nad czymś tak (jak się okazuje z pozoru) jasnym i prostym, a potem wnioskami, które autor z tych rozważań wyciąga:

W przerwach między czytaniem książek piszę książki. No proszę -
a tak niedawno neandertalczyk, który polował i jadł w przerwach
między polowaniami był dla mnie uosobieniem prostactwa. […]
Gdyby mógł czytać – pewnie by czytał.
Gdybym mógł polować – pewnie bym polował.

[zasadnicza różnica]

W Zdrowej tkance natomiast Płatek dokonuje przemieszania tych dwóch światów, wyraźnie pokazuje to, co jako czytelnik wcześniej jedynie przeczuwałam – nierozerwalny związek przeszłości z teraźniejszością. „Wynikanie” jednego z drugiego. Nie brakuje tutaj wierszy zabarwionych goryczą, może nawet rozczarowaniem, jak choćby „przedpokój” czy „o piekle po latach”, w którym autor pisze:

[…] krąg zwany kompromisem a w nim dobrobyt i eklektyzm.
Ze starej doktryny o piekle obroniła się tylko jedna teza:
jest gorsze niż śmierć.


Czego dotyczy ten kompromis? Na to pytanie zapewne każdy czytelnik odpowie inaczej, ale odnoszę wrażenie, że podmiot liryczny ma nie tyle pretensję do świata, że jest światem; ile konstatuje pewne fakty kiwając nad nimi głową z niejakim smutkiem.

Mamy więc trzy części jednej książki, trzy pozornie nie związane ze sobą historie. Te związki widoczne są dopiero przy kolejnych lekturach, co dla mnie jest jednym z plusów „Bez imienia”, drugim plusem jest język: generalnie Płatek nie wywija nam przed nosem kwiecistymi metaforami, ale też nie epatuje wulgarnością. Widoczna jest jednak zmiana języka zwłaszcza, gdy porówna się Aleksandrię z Przerywnikiem. W pierwszej części dominuje dobrze pojmowana liryka, język jest bardziej „wygładzony” i łagodniejszy. Przerywnik natomiast gada już do mnie współcześnie, nie unika kolokwializmów, czasem odnoszę wrażenie, jakbym czytała relację z podróży.
Nie jestem pewna, czy ta „nierówność” jest wynikiem tego, iż wiersze mogły powstać w różnym czasie, czy to zamierzony zabieg poety, ale w zasadzie ta różnica nie przeszkadza w czytaniu, przejścia między kolejnymi częściami są płynne i przemyślane.
Mam więc pełne przekonanie, ze autor doskonale wiedział co i jak chce powiedzieć i ja, jako czytelnik najzwyczajniej w świecie mu wierzę.

Sławomir Płatek „Bez imienia” Seria Wydawnicza Salonu Literackiego Warszawa 2010

25.04.2011

świt

Łukaszowi 1978 - 2011

z dachu tego domu wystaje białe niebo
rozpięte nad nami jak kawałek płótna
na którym możemy narysować wszystko
jeśli nam wystarczy wyobraźni i sił

z dachu tego domu wschodzi czasem słońce
to przedstawienie jest tylko dla ciebie
dla mnie jeszcze jeden pospolity cud
z głowy mam aureolę i chwilę świętości

z dachu tego domu dobiegają głosy
przechodzą z szeptu w krzyk i znikają tam
gdzie trzej zmyśleni chłopcy spokojnie czekają
i patrzą na nas z góry jak rzucamy cienie

MG

24.04.2011

wiersz, który powinien mieć tytuł

miałam śnić ciebie, a śniłam kobietę
z zaszytymi ustami, mokrą i słoną.
zbudził mnie głos, bezbarwny
jak powietrze, nie należał do nikogo.

psylocybina brzmi jak nazwa rzeki,
więc szukam mostu, lub choćby niewielkiej
płycizny. w gorączkowym pośpiechu woda
ciemnieje z godziny na godzinę.

tracę pewność. wyczuwam stopą
nierówność podłoża i maleje szansa
na równowagę. mnożysz słowa
jakbyś znał moje pragnienie.

MG

20.04.2011

wenus


jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna
jak każda

R. Rutkowski


nie lubię czytać długich wierszy, zmuszana
do nieustannych narodzin, powstawania
z piany środków do prania dywanów
na promocji w marketach. dość

dobrze znoszę pierwsze dziesięć wersów,
rozlewanych jak wódka do kieliszków,
a każdy kolejny dudni migreną, uderza
z hukiem, jak fala rozstrzaskująca się

o skałę. nagle embrion zaczyna
krztusić się pokarmem, bezwiednie wydalać
to, co przyjął - ma za swoje i przestaje
rozwijac myśl, toksynę, od której nie ma ucieczki.

MG

18.04.2011

wielki wóz

samotne babki w pokojach hotelowych spijają
ogień z łazienkowych szklanek. noc
jest ciepła jak na tę porę roku, wdziera się
przez uchylone okno i uda. przez ścianę

słyszą, jak ktoś uprawia miłość, sztukę
jedynie dla dwojga aktorów - poezja
wyłazi z każdego kąta niczym pająk, tka
sieć. zakaz palenia, nakaz oddychania

w rytmie, jeszcze moment i opanuję wszystkie
didaskalia, scenografię. na takiej scenie
zacznę bezowocne czekanie, bo kto
sieje noc, niech nie czeka na żniwa.


MG

PISZ POEZJĘ 14 - 16 kwietnia 2011r

Karol Graczyk - Dom (by go stworzyć)

Przeplatamy się wielokrotnie
przez łyżki łóżka i krzesła
nareszcie możemy policzyć książki
i wejść za drzewa z których je zrobiono

więc teraz rozlewamy się w fugi
łatamy powietrze rozstawmy ręce
w futryny by widzieć co dalej
to tu rosną dzieci i czereśnie
to nie tu wszystko się mnoży

teraz mogę cię obrać jak owoc
ze wszystkich niepotrzebności
będziesz kolorowa, żywa i soczysta.


Patrycjusz Dziczek - Polska - Niemcy 1974

pewnie że chciałbym zdać do następnej klasy
ale przez tę robotę nie mogę się skupić
przeciwbólowe już nie działają
a chlać nie mogę bo małolat się tworzy
Krzychu mówi żebym się nie martwiła
Kacha ma już trójkę a jest dopiero w drugiej i dalej pracuje

a przyjemna praca?

na początku trochę bolało ale już jest spoko
rozciągnęłam się

odłóż słuchawkę kochanie
wypoczywaj
jutro chłopaki przychodzą na mecz
możemy nieźle zarobić



Robert Rutkowski - Nikt za ciebie

Nikt za ciebie nie wymyśli prochu,
którym jesteś.

Nikt za ciebie.

Nikt za ciebie nie będzie nikim
więcej.

Nikt zza ciebie
ściera z czoła pierwsza literę,
wyciąga z ust gotowe
słowa.

Nikt za ciebie wchodzi do domu.
Nikt zajmuje miejsce za stołem.

Nikt nie zauważa
różnicy.


Sławomir Płatek - piosenka spóźnionych bohaterów

synowie ich kobiet szukają cierpienia
z pochodnią wiersza a w świetle dnia

synowie ich kobiet kochają ojców
legendę i mówią - byli wielcy

jak trabant mortadela bolek i lolek
judasze w drzwiach matek i piękni listonosze

podczas gdy ojcowie nasi którzy byli wielcy
wylewali strofy naszych talentów do zlewu


synowi ich kobiet piją mleko bez poezji
choć niebo już mleka nie dowozi pod drzwi.



Mariusz Cezary Kosmala - Air de Furies

Boję się ludzi. Nieludzcy są. Tej się boję.
Tamtych. Tego. Boję się wysokich balkonów.

Boję się wysokich wiaduktów. Oni mogą
mnie wypchnąć. Oni mogą mnie wepchnąć pod tramwaj.

Albo najedzie na mnie czoło autobusu.
Boję się pustych autobusów. Oni mogą

wsiąść. Boję się pustych pociągów. Boję dworców,
ulic. Oni mogą mnie ubić. Pięścią noża

prosto w serce bezradnej twarzy. Twarz rozmaże
się po zaułku. Krew do rynsztoka popłynie ...

Byleby ich nie spotkać. Niech w oczy mi się nie
cisną. Niech nie podchodzą do mnie. W nich kamieniem

rzucać! Ja! Ja bez grzechu jestem. Rzucić mogę
pierwszy. Byleby tylko potrafić. Byleby

celnie trafić. Byle z kamieniem się zróść, zbratać
i zabić. Ich wszystkich zabić!


Zbigniew Milewski - wianek

Zielenieje ciemniej
gąszcz na brzegu
I trzeci wylęg kaczek
Splatam cierniowy wianek

z róż Zdobię powojnikiem
Jak dziewica rzucam
na falę stawu I odpłynął
kanałami zaprosić romans

pod kotary wierzb Gdzie
posłuchamy razem nagrań
słowika I w latarni
księżyca rośnie cień.


Magda Gałkowska - ostatni

nie napisałam wiersza
byłam nim
gdy miasto stanęło
jak chore serce.

sygnał karetki,
szum respiratora, szepty
ocierających się o siebie ludzi.

potem pożarła mnie
paszcza dworca
i wypluła w obcym miejscu.

ciśnienie było niskie,
kleiły się oczy
jak ręce od soku.

nie napisałam wiersza,
byłam nim.

08.04.2011

Festwiwal Pisz i Śpiewaj Poezję


Od 14 do 16 kwietnia 2011r w Piszu odbędzie się kolejna edycja festiwalu
"Pisz i Śpiewaj Poezję", na którym laureaci konkursów poetyckich będą prezentować swoją twórczość.

Wiersze przeczytają:

Karol Graczyk
Mariusz Cezary Kosmala
Robert Rutkowski
Sławomir Płatek
Magdalena Gałkowska
Zbigniew Milewski

Poezję śpiewaną zaprezentują:

Maria Jankowska
Piotr Szauer
Barbara Broda - Malon
Seweryn Jakubiec
Eliza Banasik
Włodzimierz Mazoń

szczegóły: http://www.festiwalpoezji.pisz.pl/program,d80

Zapraszamy.

04.04.2011

Zgrzyt, plama na pięknie - Elżbieta Lipińska "Rejestry"

Czytając najnowszy tom Elżbiety Lipińskiej chciałoby się natychmiast zaprzeczyć słowom Z. Jaskuły o uczuciowej powściągliwości tej liryki; a chętnie przytaknąć opinii Siwczyka, że to, co ciekawe rozgrywa się właśnie tam, gdzie "pomiędzy słowami" sens reprodukuje czytelnik. Z kolei Zadura znajduje równowagę pomiędzy snem i jawą - tak, równoważą się do tego stopnia, że momentami tracę orientację, tracę poczucie rzeczywistości tych wierszy:
Otwiera się przede mną kolorowa bajka.
Kolorowi ludzie próbują sprzedać kolorowe nic.

(Rejestr snów 1. 4)
i już w pierwszym wierszu czuję się nieco - przepraszam za kolokwializm - wpuszczona w maliny i nie wiem, czego powinnam się spodziewać. Potraktować poważnie to swego rodzaju ostrzeżenie podmiotu lirycznego, czy podjąć grę i pozwolić się "pięknie okłamać"?
W rozwikłaniu dylematu nie pomaga mi kolejny wiersz "Amplitudy", ponieważ zmysły oszukują - rozum podpowiada co innego, niż dotyk. Rozum podpowiada mi, że mam do czynienia z poezją wyjątkową. Nienachalną, delikatnie nakłaniającą mnie - barbarzyńcę do ściszenia głosu, do skupienia, koniecznego przy lekturze tych wierszy. Natomiast dotyk uświadamia istnienie materii, o której miałam być może jakieś mgliste pojęcie, lecz nie było mi dane doświadczyć jej tak wyraźnie.
Słowem moje dziedzictwo jest niepełne, puls wyczuwalny.
Ten dualizm jest cechą charakterystyczną całego tomu. Z jednej strony świat materialny z całym jego pięknem, namacalnym, choć przemijającym, namiastka ideału; z drugiej - przeciwstawiony mu barbarzyńca - istota pozornie myśląca, człowiek, który zaburza ideał, wywołuje dysonans.
Paradoksalnie jednak autorka ma dla tego barbarzyńcy, tej "plamy na pięknie" wiele wyrozumiałości, ba! Czułości nawet. Skoro został "zapisany", nawet jeśli jest jedynie "literówką Pana Boga", to nie pozostaje nic innego, jak przyjąć do wiadomości fakt jego istnienia i poszukać dla niego miejsca.
Wracając do (rzekomej) uczuciowej powściągliwości - najpiękniej i najdobitniej przeczą jej wiersze "Dawno temu w Rumunii", "Gołębiem posłane", czy "Granica Chandrasekhara", w których na próżno co prawda szukać eksplozji emocji, a jednak wyzierają one spomiędzy wersów, nieco nieśmiałe, by ukazać się w pełnej krasie.
Jedyna powściągliwość, jaką dostrzegam w tej poezji, dotyczy podejścia peela do siebie, jako barbarzyńcy, a jednak barbarzyńcy oświeconego, który pragnie swoje barbarzyństwo jakoś odkupić, złagodzić faktem tworzenia.
Naznaczona od dziecka
miłością do kultury, nie natury,
pogodziłam się z tym, że nie umiem opisać
strumienia z wesoło pląsającym pstrągiem
ani górskiej kaskady.

Ale burzę się, kiedy widzę,
że umyka mi każdy strumień:
świadomości i podświadomości [...]

(Zakole)
Tworzenie zdaje się być jedyną drogą do - nie tyle zrozumienia - ile samego pojmowania. Elżbieta w "Esse est percipi?" pisze:
Niczego nie byłam bardziej pewna, niż tego,
że jestem bytem realnym
i dalej:
Nie ma potrzeby mówić o świecie zewnętrznym?
W moim świecie wewnętrznym nie mieści się aż tyle.

Jakie wobec tego barbarzyńca może mieć usprawiedliwienie dla funkcjonowania w tym zewnętrznym świecie? Jaki właściwie jest ten świat zewnętrzny? Otóż na przykład jest wróblem - kulką, skulonym na okładce tomu wierszy Sommera, z aspiracjami do zostania monumentalną wręcz - niczym z utworu Stana Borysa - jaskółką, siostrą burzy, tnącą powietrze jak strzała. Usprawiedliwieniem jest rezygnacja z położenia kamyka na grobie, kontemplowanie fotografii z nagle nieznanym tatą - blondynem.
Docieram do końca "Rejestrów" i mój dylemat czytelniczy zostaje rozwiązany jedynie połowicznie. Wciąż nie wiem, czy ów świat zewnętrzny jednoznacznie wynika z wewnętrznego, czy jest zgoła odwrotnie, a jednocześnie mam poczucie, że ta wiedza jest mi w tym wypadku niepotrzebna, bo przecież byłam w Chinach i one weszły we mnie.
Wiem natomiast z całą pewnością, że żaden kolorowy człowiek nie próbuje mi wcisnąć kolorowego "nic"; że przy ziemi trzyma mnie tylko słowo.


Elżbieta Lipińska "Rejestry" Biblioteka Tyskiej Zimy Poetyckiej, Teatr Mały Tychy 2011r

03.04.2011

STANISŁAW DYGAT - Disneyland


"Człowiek rości sobie pretensje, aby zdarzenia sprzyjały jego intencjom. Lekceważy prawdę, którą propaguje rzeczywistość. Jest głuchy na jej oczywiste argumenty, jeżeli nie głosi ona tego, co odpowiada jego interesom i nie pochlebia jego satysfakcji. Zadaje sobie wiele trudu i wysiłku, ażeby nadawać faktom fałszywe pozory. Pomaga mu w tym gorliwie krótka pamięć, jego najwierniejszy przyjaciel."

:Dwie istoty, które zbliżyła miłość, nie mogą stać się przez to identyczne. Identyczność dwu istnień jest szalonym wymysłem kobiet zajmujących się literaturą.
Ofiarowując wszystko i wszystko wyznając, rości się pretensje do tożsamości, a przekreśla prawo do odmiennego reagowania na te same stany uczuciowe."

"Powoływanie się na opinię ie określonych bliżej ludzi jest najbardziej zdradzieckim argumentem kobiet w dyskusjach z nami. Trudno dowieść, że tak nie jest.
Człowiek zostaje zepchnięty do defensywy, a po chwili sam sobie zaczyna wydawać się winnym."


Stanisław Dygat "Disneyland" Wydawnictwo Literackie Kraków 2001

THOMAS VENCLOVA



* * *

Napisz wiersz o rozmowie z ptakami.

                                                                         Z listu

Choć w studni stroma i bezdenna wilgoć,
W jej czarny blask zapuszczać śmią spojrzenie
Gwiazdozbiór, trzcina, człowiek, albo wilga -
Tym nieoczekiwanie spokrewnieni.

Zdaje się nieraz, że to jeden promień
W dźwięcznym pryzmacie rozbity. Czy można
Kłaść przedział między twą prawdą i prochem
A srebrniejącym sofizmatem drozda?

Przed świtem, w końcu lata, kiedy sina
Kopuła rzednie i walą się głucho
Światy - ta sama przecież ślepa siła
Spada i razi was, jak lirę kruchą.

1973

Z tomu "Rozmowa w zimie" w opracowaniu Stanisława Barańczaka.