Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


13.04.2012

GRZEGORZ ŁĄCZYK o "gettcie"

Nie można przejść obok tego cyklu bez słowa, choć jak sama autorka mówi: „ po co
komu słowa?” – no właśnie, po co? – Po co pisać wiersze o tym, co się dzieje z nami, gdy zostawiamy za sobą niedźwięczącą ciszę? I choć to ironia, z tą ciszą, to będzie ona już inna po tych tekstach. Cisza, której się nasłuchuje, ciągle nasłuchuje. Poetka wie, dlaczego zamknięcie się w "bezsłowiu" nie pozwoliłoby iść dalej. Dlatego pisze wyraźnie - „zdecyduj, po której stronie mieszkasz” czy przed, czy też za murem, czy jest możliwe być bardziej wolnym znając strukturę strachu, czy też mówić o nim w nieznanym języku? Magda doskonale to oddaje, używając owych języków inaczej brzmiących niż zwykle, ale które głoszą to, co już dawno nam znane - „qui es in caelis”. Język jednak nie jest aż tak istotny w getcie I, ważniejsze jest ucho, którym da się uchwycić żonglerkę znaczeń w feeri poliglotycznej. A co ona mówi? Pięknie nam to tłumaczy autorka przecież – „im więcej nas gdziekolwiek, tym mniej w konkretach”. Konkret jest bardzo oczywisty - czas i miejsce. Już na otwarciu getta – peel/la dokładnie nas wbija w punkt – ja, tutaj, - wskazuję palcem gdzie jest początek wyimaginowanego nieba. Zdaje się poetka mówić - omusnął mnie czas i próbuję to wytłumaczyć – najlepiej jak się da. Nie byłoby w tym żadnej wyjątkowości, gdyby nie to, iż autorka trochę ironicznie, ale i czule, pokazuje nam równowagę tego, co płynie z głowy, serca i bebechów. Właśnie te ostatnie, kończą pierwszą odsłonę getta I (krem przeciwzmarszczkowy kłamie) nie pokazując go jeszcze wcale tylko opisując, jakim się w nim jest.

Getto II – to tak naprawdę treść „wśródmurza” – treść tą, autorka jak najprościej można - tłumaczy, że ona peeli/lowi po prostu ciąży. Wydala ją z siebie również najprościej jak się da, bez zamienników i ceregieli. Ważne jednak, że nie bawi się w żadne celebrowanie, użalanie się nad istotą getta, ponieważ właśnie w tej odsłonie, w drugiej części – peel dojrzewa do świadomości współtworzenia „zamknięcia”, w którym istnieje (bealema di wera chirutech - świecie, który sam stworzył wedle swojej woli). Jest jeszcze w „dwójce” coś bardziej ważnego. Coś, co poetka przemyca kolejny raz w obco brzmiącym języku (min kol birchata weszirata - zamknij usta peela ponad wszelkie błogosławieństwa i pieśni pochwalne) Paradoksalnie do „rzygania” można to interpretować tylko w jeden sposób – idź dalej i zatrzymaj w sobie wszystko, a przede wszystkim to, co cię najbardziej niszczy. Zamknij to w sobie po to, by pamiętać i dobrze wiedzieć, do czego nie wracać.

Getto III – według wielu czytelników, miało przynieść „trzęsienie”, ale to nie czytelnik zmaga się z materią wsobną, nie czytelnik wyłuskuje piach z ostatniej fugi muru. W brew pozorom, cykl nie miał powstać po to, by zostać arcydziełem poetyckim. Autorka strząsa ostatnie żywe liście z wyschniętej gałęzi – jak długo będzie się w tym babrać? Do czasu aż w lustrze spokojnie popatrzy sobie w oczy, a gdy je przymknie, będzie widzieć ten sam spokój.
Ten tekst jest ważny dla wszystkich, którzy odczuwają empatyczną potrzebę zrozumienia procesu autodestrukcji. Można się z tym tekstem zaprzyjaźnić albo znienawidzić – to zależy tylko od miejsca, w którym się czytelnik znajduje, czytelnik obarczony podobnym ciężarem – symbolicznie nazwanym „gettem”. A co z tymi, który tekst nie dotyczy? – słowa mają moc – jak mówi poetka – nawet, gdy są niezrozumiałym wpisem na recepcie – dają uwolnienie.

____________________________________________________________


getto I

"Wchodzą w wąwóz i toną... wychodzą w światło księżyca
I czernieją na niebie, a blask ich zimny omusnął"
C.K. Norwid


a ja się pięknie starzeję - ogłasza w TV Młynarska, a ja
liczę poprzeczki na szyi. czwarta po południu
czasu polskiego, analizuję maturzystom Norwida. po co
komu słowa? okup za zakładników z tendencją

do autodestrukcji. im więcej nas gdziekolwiek, tym mniej
w konkretach, qui es in caelis - cyber przestrzeni
dla wtajemniczonych. czas na niewielki wyłom: korowód
chłopców i panien. zdecyduj w końcu po której stronie

mieszkasz? światłowód urywa się pod starannie ułożoną
nawierzchnią. reklama kremów przeciwzmarszczkowych kłamie
twarzą nastoletniej modelki, my heart is broken.
cisza nie dźwięczy i nie brzmi. sed libera nos a malo.

_____________________________________


getto II

"ważne jest, kiedy ty tego chcesz twoje słowo
wszystko, co jest tobą"
Moskwa


nie pamiętam kiedy ostatni raz rzygałam
po whisky, nie było o czym mówić, kolejny
wieczór spędzony na wydłubywaniu cegły
po cegle. dla rozszerzenia perspektywy

jestem gotowa zrobić prawie wszystko.
bealema di wera chirutech*, cel uświęca
zero siedem red label, sezamie otwórz się
na nowe doznania, powoli wietrzejące

w zleżałych wierszach. na stronie
załatwiam potrzebę i konsekwentnie przemilczam
całą resztę. liebe, liebe über alles,
zamknij usta leela min kol birchata weszirata**.


*w świecie który sam stworzył wedle swojej woli
** ponad wszelkie błogosławieństwa i pieśni pochwalne

_______________________________________


getto III
"And with a little beauty in my bed
I still wish that I was dead"
Tiamat


jak długo jeszcze będziesz się w tym babrać? -
pytasz. jeszcze jeden wiersz kochanie, logos
na pierwszej stronie, niezrozumiały jak wpis
na recepcie niczego do mnie nie mówi.

wypalam jointa i milczę. dobrze sypiam,
a w snach pieprzą mnie smukli mężczyźni
podobni do kobiet. robią to nadzwyczaj sprawnie,
potem rozwiewa ich poranne powietrze. jeszcze

jeden wiersz. słowa mają moc, gdy skandynawscy magowie
w swoich kawałkach rzucają klątwy, jag älskar dig -
pozdrowienia z astralnego tripa. tu ziemia, podważam
ostatnią cegłę, gładko kończę, patrząc ci w oczy.

6 komentarzy:

  1. jak widzisz, poza Tobą nikt nie ma ochoty rozmawiać o mojej pisaninie ;) albo wszyscy już wszystko powiedzieli? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, ja chcę rozmawiać! Już miałam wpisać się w południe, ale jeden zacietrzewiony idiota ciągle mi przeszkadzał. Mniejsza z tym.

    Kilka ciekawych spraw zauważyłam. Będzie trochę dygresyjnie, bo podobno najłatwiej podpierać się własnym przykładem.

    Zawsze chciałam znaleźć kogoś takiego. Kogoś, kto chce pogadać o wierszach. W bliskim otoczeniu mogę co najwyżej o muzyce albo o translatoryce (tekstów, które z literaturą mają mało wspólnego). Na portalach to się zwykle kończy na ''świetne''/''do dupy''. W porywach na ''uwielbiam Twój styl, a potem albo nie umiem go rozpoznać, albo nie potrafię powiedzieć o nim słowa''.
    Zatem szalenie zazdroszczę Ci takiego czytelnika. Moim nieziszczalnym marzeniem było znaleźć kogoś takiego i gadać o cudzych wierszach. A o własnych? Już lepiej nie można!
    To pierwsza sprawa. Za chwilę wrócę z drugą. ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Zacznę od końca, bo zajmuje mnie jedna fajna sprawa. Otóż Snei pisze: " według wielu czytelników, miało przynieść „trzęsienie”, ale to nie czytelnik zmaga się z materią wsobną, nie czytelnik wyłuskuje piach z ostatniej fugi muru."

    Tu się mieści, przynajmniej dla mnie cały problem z pisaniem cyklu. Autor, biorąc pod uwagę czytelnika i własne zapędy ma tak naprawdę dwa wyjścia. Na koniec cyklu może być tylko albo bardzo efektowne/efekciarskie uderzenie, albo coś wprost przeciwnego. Łagodne zejście, stabilizacja. Kondensacja i podsumowanie tematu. Często mówi się o wierszach dla puenty. Ten drugi przypadek pozwalam sobie na własny użytek nazywać wierszem dla wiersza albo wierszem dla cyklu.
    Jasne, że opcja pierwsza jest częściej spodziewana, częściej stosowana itd. Efektowna lub efekciarska. Jednak myślę sobie, że kończenie (wiersza albo serii wierszy) tzw. tąpnięciem to tylko pewien etap na twórczej drodze. ''Myk'', formotwórczy instrument. Aspekt. Konkretny sposób, którzy pociąga jakąś tam grupę czytelników i autorów.
    I teraz nasuwają mi się pytania. Czy to jest efektywne? Co to daje? Czy można inaczej i jak można? Co uzyskamy ''zmieniając front''? Raczej sporo. Tu za przykład pasowałyby wiersze Mansztajna. Oprę się na książce, bo mam ją na półce, więc łatwo będzie sięgnąć w razie potrzeby. Co tam widać? Ani w konkretnych częściach książki, ani w autonomicznych wierszach nie ma tego ''uderzenia''. To nie są wiersze dla puenty.
    Podobnie jest tu. Jak dla mnie pozytyw.
    To druga kwestia. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Po czwarte.

    Znowu powtórzę za Grzegorzem: ''Getto III – według wielu czytelników, miało przynieść „trzęsienie”''.

    Czuję się trochę wywołana do odpowiedzi. W końcu jestem czytelnikiem. Czytelniczką, ale dajmy spokój z radykalizmem.
    Czego się spodziewałam? Szczerze mówiąc, przede wszystkim powrotu do motywów z początku. Albo czegoś zupełnie odrębnego, trzeciego. Tymczasem trzeci tekst jest dla mnie niejako rozwinięciem czy może kompensacją drugiego. Przyznaję, że głównie ze względu na użyte motywy i ogólnie środki wyrazu, ale nie tylko.
    W pewien sposób poczułam powrót do starych tekstów. I tu podkreślam: dla mnie stare są z ''Fabryki'', bo były pierwsze, jakie poznałam. Najpierw widziałam książkę w całości, później kilka tekstów na L., a na końcu trafiłam na bloga. Zatem poza jakimś tam zapachem z ''Fabryki'', nawiązaniem do GETTA II... doznałam rozczarowania (oj, wiem jak to brzmi). Czekałam przede wszystkim nie na frazę młot, nawet nie na to nawiązanie. Czekałam na świeżość. Zabrakło mi tego.
    Powiem inaczej: czytałam to z myślą ''no też tak umiem'' (nawet miałam podobny [formalnie] tekst, ale wywaliłam, układając projekt na Strzałę). Kiedy czekam na wiersz z takim zainteresowaniem, jak w tym wypadku, chcę pomyśleć nie ''też tak umiem'', tylko: ''kurczę, no tego to jej zazdroszczę''.
    I zostawmy nawet tę świeżość. Zostawmy ''trzęsienia'', ''tąpnięcia''. Zostawmy efekciarstwo.
    Czekałam na wiersz, który na pewno zapamiętam.


    Tutaj znowu wchodzi Grzegorz:
    ''cykl nie miał powstać po to, by zostać arcydziełem poetyckim''.

    I słusznie! Wiersze, które ''mają być arcydziełem'' zwykle są niewiele warte. Wierzę jednak, że dbałość o formę i treść jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
    Lubię uproszczenia, więc i tutaj uproszczę (na własny użytek) pewien schemat.

    Bardzo generalizując, poetów można podzielić na ''estetyków'' (forma) i metafizyków (tzw. treść). Chyba nawet Michał Markowski przedstawiał podobną tezę w książce ''Życie na miarę literatury'', ale tej pozycji już niestety nie mam, więc zostawmy to. A może jakiś ''złoty środek''? Myślę sobie, że 60% estetyki i 40% metafizyki to proporcje, które mogłyby być bardzo pomocne.

    Nie chcę jednak być źle zrozumiana. Nie zachęcam do pisania pod dyktando, według proporcji, klucza, czy czego tam jeszcze. Paradoksalnie najbardziej cenię ''fristajl''. Albo jeśli ktoś woli: pisanie duchem/krwią.

    Do czego zmierzam? Ano po prostu nie rozumiem, dlaczego te dwie sprawy:
    - zostać arcydziełem poetyckim
    - do czasu aż w lustrze spokojnie popatrzy sobie w oczy, a gdy je przymknie, będzie widzieć ten sam spokój.

    miałyby się wykluczać. Trochę to niesprawiedliwe względem wierszy. I względem autorki też, ale to już temat na inną rozmowę.

    Kolejna rzecz.
    Uważam, że ostatni akapit tej mini-recenzji jest przesadnym uogólnieniem. Opiera się na przeciwnościach. To trochę... niepoważne. Jak widać wyżej, sama nie uciekam od generalizowania i skrajnych emocji, ale co jeśli powiem:
    TEKST MNIE DOTYCZY, TAK GO ODBIERAM, ALE ANI NIE ZAMIERZAM SIĘ Z NIM ZAPRZYJAŹNIAĆ, ANI NIE BĘDĘ GO NIE LUBIĆ/NIENAWIDZIĆ?
    Co wtedy?

    Nie mam wobec wierszy skrajnych uczuć. Fajnie, że nie wpisują się w estetykę taniości, a mogłabym wskazać co najmniej kilku ''brylujących'' twórców, których kiedyś czytywałam, ale poszli w tę stronę.

    Fajnie, że tematycznie jakoś tak mi pasują. Przeczytałam z przyjemnością, wróciłam z przyjemnością, ale... no właśnie. Czegoś tu brakuje. Oczywiście, mogę uznać, że Autorka tak chciała, tak ma, ale czy nie jest jednak tak, że literatura bez czytelnika nie istnieje?

    OdpowiedzUsuń
  5. I na koniec.
    Przepraszam za wszelkie powtórzenia, możliwe literówki i innego typu utrudnienia. Zawsze piszę ''na bieżąco'', z głowy albo jak niektórzy mówią - z ręki. Nie sprawdzam siebie.
    Lubię autentyzm osądów, a gdybym miała coś poprawić, zabrałabym się pewnie za korygowanie zdań. Raz jeszcze zatem przepraszam i naprawdę dzięki za szansę rozmowy.
    Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będzie okazja. ;))

    OdpowiedzUsuń