Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


02.08.2013

wiersz na dziś, jutro i pojutrze


KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI

PIEŚŃ O CIEMNOŚCI

Sny leżą na mnie warując milczenia
jak lwy c pomników, co warują śmierci,
i liść opada czasem, śnieg albo i obłok,
albo ptaków pióropusz wzbija się i przejdzie.
I niebo stoi. Wtedy mam podobną
twarz do nieba, choć cienia nie ma w niej ni żalu,
słyszę, jak się sodomy w cichym trzasku palą.
O, nie sędzią ja czekam! Dzień płonie jak listek
na płytę pieca opadły i zwija
sieć żyłek delikatną, a z nim giną wszystkie
chwile nerwem łączone. Noc i dzień przemija.
I w katakumbach czasu od sklepień odbija
głos, może napomnienie, może bitwa walna -
- wszystko nierozróżnione i rozdarte wszystko.
I noc przechodzi górą, jak śmierć - triumfalna,
i spływa obraz do mórz wrzących pysków.

W huku werbli, w burz wrzawie, w łoskocie pokoleń
idą chłopcy o oczach z największych przeznaczeń,
idą, aż za daleko przechodzą - do ziemi,
idą, kiedy za nimi i świt nie zapłacze
mlekiem błękitnym. I tak stygną z niemi,
i przechodzą żelazem - karty czarnej ziemi.

A tyle rzeczy czeka jak spod dłoni - nowych
na nadawanie imion. Jak zwierzęta stoją,
tak smutnieją mijane i schylają głowy,
aby przeżuwać zapomnienia zmierzch.

O, zatrzymać! Płacz milknie. Znów przywala grób,
znów sen się kładzie głazem, warczący jak lew,
i niebo jak kolumna. Stygnie w urnach krew,
a burza ciężko pełznie nad doliną.

Noc. Po nocy powstają upiory i w ciała
wchodzą, aby truć oczy i zmieniać je w popiół,
aby smutnym dziewczynkom twarz jak orzech gnieść
i słuchać w płaczu cichym zwycięstwa i śmiechu
swojej dawnej postaci, jak uschnięty badyl
natchnionej trupem lub serc wodospadem,
który się w ciemność toczy. Znowu dym spowija
i snem przybity, leżąc umieram. Wiek mija

O, zatrzymać! Milczenie. Widzę jeszcze ludy
i naród pod kopułą, gdzie szalone wozy
wypruwają z obłoków deszcze krwawych nożyc.
I pada mór, i ludzie wypłoszeni
do bram łomoczą, a bramy z kamieni.
Więc przypadają do stóp drżącej ziemi,
a ta otwiera paszcze, całuje i wchłania,
i niebo drga, nie woła żaden głos.

Milczenie. Sny ziewają. Puszcze płyną górą
i leżę tak, a w dłoniach kolumny z marmuru
wbite warują ciszy. Nie przychodzi śmierć
i tylko niebo błyszczy oparte o pierś,

a ciało jeszcze raz zmienia się w sypki popiół.

                                                            16. III. 42 r.


4 komentarze:

  1. Uwielbiam Baczyńskiego i nikt mnie jeszcze nie przekonał, ze jednak to był grafoman. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Baczyński grafoman? paradne :) ktoś, kto to wymyślił ma na bank nierówno pod kopułą :)

    OdpowiedzUsuń
  3. wracam regularnie do jego poezji, wciąz mnie w niej coś mocno niepokoi

    OdpowiedzUsuń