Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


25.09.2013

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY 28


czyli: jak pisać panie literat?

Przeczytałam dziś 8 zasad dobrego pisania wg Neila Gaimana, brzmią one tak:
1. Pisz.
2. Układaj jedno słowo po drugim. Znajduj właściwe słowo i zapisuj je.
3. Dokończ to, co zaczynasz pisać. Cokolwiek musisz zrobić, aby to skończyć, zrób to.
4. Odłóż tekst na bok. Przeczytaj go, jakbyś nigdy wcześniej tego nie czytał. Pokaż go znajomym, których opinię szanujesz i którzy lubią podobną literaturę.
5. Pamiętaj: kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą.
6. Popraw tekst. Pamiętaj jednak, że prędzej czy później, zanim utwór osiągnie perfekcję, musisz go zostawić, ruszyć dalej i zacząć pisać kolejną rzecz. Osiąganie perfekcji jest jak pogoń za horyzontem. Cały czas musisz podążać naprzód.
7. Śmiej się z własnych dowcipów.
8. Główną zasadą pisania jest ta, że jeśli robisz coś z wystarczającą pewnością i przekonaniem, to wolno ci robić to, jak tylko chcesz. (To może być zarówno reguła dotycząca życia, jak i pisania. Ale zdecydowanie sprawdza się przy pisaniu). Napisz więc swoją historię, tak jak twoim zdaniem musi być napisana. Napisz ją szczerze, opowiedz najlepiej, jak tylko potrafisz. Jestem pewien, że nie ma innych zasad. A przynajmniej takich, które mają znaczenie.

Trafne bardzo i trudno się z nimi nie zgodzić, ale szczególnie zafrapowała mnie zasada piąta. Ostatnio dyskutowałam z Kubą Sajkowskim m.in. na ten temat w związku z wierszem, który komentowaliśmy. Kuba napisał coś,co utkwiło mi w pamięci, a mianowicie, że "cala literatura opiera się na konfrontacji pisania autora z chciejstwem czytelnika", a ja od czasu, kiedy redagowałam kilka cudzych książek zastanawiam się właśnie nad tym chciejstwem. Wiele razy pokazywałam dokładnie palcem co i gdzie jest źle, mało tego - przerabiałam na "dobrze". Teraz wiem, że to był przejaw totalnej arogancji z mojej strony, bo niby skąd ja mam wiedzieć lepiej jak powinno być? Inna sprawa, że taka demonstracja chciejstwa jest procederem nagminnym na wszystkich portalach literackich, na których samozwańcze autorytety, które "wiedzą lepiej" przerabiają ludziom teksty na własną modłę. Trochę trwało, zanim doszłam do tego, że wiersz, który czytam, to nie mój wiersz, że tu nie ma nic do rzeczy moje chciejstwo i nie mam prawa go przerabiać jak mi się podoba. Zresztą sprawdziłam na sobie, że najwięcej mnie osobiście dają takie komentarze, w których jest owo "coś mi nie pasuje" albo "to mi się nie podoba", wtedy wywiązuje się dyskusja na temat co nie pasuje i dlaczego się nie podoba i mogę albo się z pewnymi uwagami zgodzić, albo nie; mogę w związku z  tym coś zmienić, albo nie. I tu pojawia się związek z 4 zasadą Gaimana, bo pokazuję je osobom, które chcą je czytać, które nie są przypadkowe, którym nie muszę tłumaczyć rzeczy oczywistych. Kiedyś sadziłam, że wycieranie wierszy po portalach ma sens, bo pokazuje się je szerszej publiczności. To owszem, miało sens przed debiutem, po debiucie sens ma dyskusja z tymi czytelnikami, którzy świadomie decydują się na obcowanie z moją poezją. Którzy przychodzą tutaj wiedząc, czego się spodziewać, przychodzą tutaj, bo chcą, a nie lecą "po słupku" traktując kolejne przeczytane teksty jak newsy prasowe.
Paradoksalnie, im bardziej jestem pewna tego, co sama piszę, tym mniej ingeruję w cudze teksty. Dobrą szkołą jest praca z wierszami przysłanymi do mojej rubryki w INTER, tam nie liczy się to "co mnie rusza" lub nie, ja mogę jakiegoś stylu, czy tematyki nie lubić, ale jeśli wiersz jest po prostu dobrze napisany, jest o czymś, jest tam to osławione "drugie dno", jeśli go zapamiętuję, nawet jeśli jest to pamiętanie irytujące - to w zupełności wystarczy. Im bardziej jestem pewna tego, co piszę, tym bardziej irytują mnie bezmyślne zarzuty oparte jedynie na chciejstwie. Czytam wiersz, albo mi się podoba, albo nie, albo jest dobrze napisany, albo nie, albo mnie rusza, albo nie. Mogę zwrócić uwagę na błędy ortograficzne, stylistyczne, logiczne, ale nie wydaje mi się, bym mogła narzucać autorowi swój punkt widzenia i dyktować o czym wiersz powinien być.
Inna sprawa, że ostatnio czytam jedynie tych autorów, po których wiem, że prezentują określony poziom w pisaniu, poziom powyżej błędów, o których wspomniałam. To oczywiście działa w dwie strony, moje wiersze też mogą się nie podobać, też może coś w nich uwierać, o tym chętnie pogadam, bo przecież po to publikuję, by zaistniała interakcja. Jeśli popełniam nielogiczności, też chcę o tym wiedzieć, ale komentarze w stylu "poczekam aż napiszesz po swojemu", "poczekam aż napiszesz jak wtedy/tamten/o tamtym" mnie już po prostu bawią.
Wszyscy chcemy czytać takie wiersze, które nam się podobają, to oczywiste, ale jednak nie na tym opiera się współczesna literatura.
Piszę więc swoją historię najlepiej jak potrafię, piszę ją szczerze, piszę tak, jak powinna zostać napisana.
I to się w 80% sprawdza :)






20.09.2013

romantyzm

Rafałowi

"I still look around for you
No matter who you are
No matter what you do"


mam w sobie tyle cienia, że starczy za dwoje
w odpowiedniej scenerii: podłoga, krzesło, stół.
ile zechcesz wydobyć, z czym możesz się zmierzyć,
by to nazwać? by wiedzieć, że nie ma nic poza

kadrem, światłem, widzeniem: ciało i nic więcej,
jak karma dla wierzących w swoją wartość i cud.
jakbyśmy mogli istnieć, jakby tym rozgrzeszać
to, czego się dopuścimy tylko w imię sztuki.

nie umieram, nie żyję, ciągle na granicy
próbuję łapać światło, nie poznaję siebie
na czarno - białych zdjęciach. widzę, że któreś z nas
będzie pierwsze, ostatnie w kolejce do schronu.

są dni, w których próbuję odciąć się od tego,
kim tak naprawdę jestem, co realnie znaczę,
gdy płaczę bez powodu, gdy sięgam dłonią w mrok,
by niczego nie dotknąć, by po prostu wiedzieć.


MG 21.09.2013


kursywa: Joe Bonamassa "A place in my heart"





Chłodny ranek nad zimnym, płytkim morzem – Sławomir Płatek „Awaria migawki”


Bo widzisz, chwila przebiega tak straszliwie szybko, że nie tylko nie mogę na niej stanąć, ale nawet jej dotknąć” –  cytat z „O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla przytaczam nie bez powodu, ponieważ „Awaria migawki” tam nas właśnie zabiera, na drugą stronę lustra, w perfekcyjnie zdeformowaną rzeczywistość. Dlaczego? Bo kiedy migawka ulega awarii, materiał światłoczuły nie dostaje odpowiedniej ilości światła i wszystko, co rejestruje obiektyw jest albo prześwietlone albo zbyt ciemne.  Ten zabieg zastosował Sławomir Płatek w swoim najnowszym tomie – pewne kwestie są przejaskrawione, inne – zaciemnione, a czytelnik sam musi się w tym połapać.
Ta książka wbrew pozorom nie jest  - jak twierdził jeden z jej recenzentów – podróżą w przeszłość., ale relacją z „drugiej strony lustra”. Przyznać trzeba, że Płatek cały ten sztafaż bardzo sprytnie skonstruował, budując klimat czekania na sygnał z centrali, jak w kawałku Brygady Kryzys, jednak najważniejsze w tym tomie jest pytanie, czy owa centrala w ogóle istnieje i czy w związku z  tym, cokolwiek/ktokolwiek może nas jeszcze ocalić?
„[…] mogłem tylko wierzyć jeśli
wszyscy polegli trzeba polegać na sobie”
(Bohater Pozytywny prowadzi śledztwo w sprawie kradzieży zaworów w spustoszonym miasteczku na Ziemiach Odzyskanych)
Ów „bohater pozytywny” dla mnie to w pewnym sensie alter ego autora, postać stworzona w celu konfrontacji obu rzeczywistości; naszego „tu i teraz” oraz „tamtego i tam”.  Ktoś, kto stoi (proszę wybaczyć wyrażenie) w egzystencjalnym rozkroku, tak charakterystycznym dla roczników siedemdziesiątych, wrzuconych dość brutalnie z jednego świata w drugi  i nie do końca potrafiących się w tym świecie odnaleźć. Ta bilokacja widoczna w tomie jest próbą pogodzenia obu światów, scalenia ich w jeden – bardziej możliwy do zrozumienia, bardziej przyswajalny.
„[…] można powiedzieć że skończyło się
lato a nie zaczęła jesień taki punkt
którego nie ma więc może być wszystko”[…]”
(pierwszy tlen)
Oczywistym wydaje się, że płaszczyzną wspomnianego przeze mnie pogodzenia / porozumienia musi być poezja; w związku z czym Płatek podrzuca nam pod wycieraczkę klucz do swojego tomu, pozostaje tylko kwestia, czy zdecydujemy się z niego skorzystać:
„[…]  po sześciokroć
należy czytać tę książkę przezroczystość bez jednego
okna ani jednych drzwi kanty bez narożników rogi
bez czaszki kręgosłup bez kręgów kręgi [‘’’]”
(modernizm (spacer dydaktyczny po Saskiej Kępie))

Bohater Pozytywny jak kameleon i jak każdy szpieg doskonały, idealnie wtapia się w kolejne pejzaże, historie, miejsca. Nic nie umknie jego uwadze i nic co nie umknęło, nie uniknie wnikliwej analizy: starszy pan, uczesany jak Staś Tarkowski, wkręcający usta w maszynkę do mielenia mięsa skradzioną austriackiej rodzinie (równy samemu sobie), banda poetów, usiłujących ukryć swoją prawdziwą tożsamość pod wierszami w stylu pop, masową produkcją konkursową „[…]wojna się skończyła zdejmuj te kulturę krój jest dobry tylko inny materiał/zakładamy pop inaczej każdy krytyk nas pozna i zamknie[…]”
(stenogram z podsłuchu).
Płatek w bardzo charakterystyczny (czyt. sarkastyczny) dla tej książki sposób, pokazuje skutki odzyskania tzw.  wolności słowa (moment przejścia od ust wkręconych w maszynkę do zakładania popu) i  jest w swoich ocenach bezkompromisowy. Punktuje bezlitośnie tych twórców, którzy w momencie, gdy naprawdę mogli już mówić /pisać wszystko, zajęli się pisaniem/mówieniem niczego.  Najbardziej wymownym przykładem będzie tutaj jeden z utworów:

Motto do wiersza który ma tylko tytuł ale jego treść jest także bytem
                                                                                                          Herbert żyje!
                                                                                                          Elvis Presley

Przez cały tom, przewija się bardziej, lub mniej wyraźny motyw wojny. Jest szpieg, jest wrogi teren, są w związku z  tym również „wrogowie” i tu należy zadać pytanie: kim lub czym są?
Oczywistym jest, że istnienie „positive hero” jest uzależnione od istnienia „wrogów”, bez nich nie miałby prawa bytu, nie byłoby potrzeby zlecania mu „misji” , polegającej – kolokwialnie rzecz ujmując – na otwieraniu ludziom oczu, na wytykaniu palcem banału i bylejakości intelektualno – moralnej; na obnażaniu małości, zawiści i chciwości -
„El sueño de la razón produce monstruos” .


„Kiedy umysł zasypia staje się maszyną
Jednak nie umiałem uwierzyć w niewiarę i szedłem
Chociaż mieli przewagę liczebną a właściwie  mieli liczby”
(Bohater pozytywny do końca próbuje wykonać zadanie)

Bohater pozytywny musi być pozytywny: heropozytywny, wierszopozytywny, wręcz metapozytywny. Pozytywność bohatera nie może budzić żadnych wątpliwości. On jest jak nowoczesny mesjasz, przywódca ruchu oporu przeciwko banałowi i pustosłowiu. Jest pozytywny, ale nie idealny: cierpi, gubi się, kluczy – walczy, by znaleźć fundamenty, oparcie, coś pewnego, stałego, wreszcie – by znaleźć drogę:

„[…]kiedy zgasło światło zrozumiałem jak bardzo jestem
światłoczuły jak bardzo chcę znaleźć te cholerne zawory
i wpuścić trochę światła widzieć że to o co się opieram to zimna
wilgotna ściana a nie ten upiorny celuloid chcę w końcu widzieć w tej ciemni[…]”
(Bohater pozytywny prowadzi śledztwo w sprawie kradzieży zaworów w spustoszonym miasteczku na Ziemiach Odzyskanych)
Zainteresowało mnie też u poety postrzeganie czasu, który w antropologii jest jedną z wartości tożsamości kulturowej, kształtuje nas, nasz stosunek do świata. Płatek próbuje „przetłumaczyć czas” na wielkość fizyczną, namacalną, określić go, a jednak to tylko gra z czytelnikiem. Nie bez powodu na początku tej recenzji napisałam o chwili:

pojemność czasu jest nieokreślona
w jednej sekundzie
(sekunda jest wyjątkowo wytartą miarą ale pył
z tego tarcia osiada na każdym z nas i jest
to kurz, po prostu kurz)[…]
(apostazja)

Czas jest w „Awarii…” narzędziem konstruującym rzeczywistość, czasem linearnym: zmierzającym do określonej przyszłości i tu pojawia się paradoks, bo przecież peel teoretycznie nie ma prawa wiedzieć co się wydarzy, może tylko przypuszczać, przewidywać, prognozować, słowem: wróżyć z fusów. Bohater pozytywny jednak doskonale to wie, ponieważ jest jednocześnie tu i tam, poprzez wspomniane lustro próbuje scalić dwa ( tylko pozornie) odległe od siebie światy.  Kluczem jest poezja, tkwiący w niej potencjał języka, wykorzystywania słów jako materiału do budowania mostu pomiędzy jedną, a drugą „stroną lustra”.

ostatni wiersz z Ziemi

z początku nic nie wskazywało

pokonaliśmy jak mówi pismo Goliata
Godzillę i Gutenberga ale potem nagle
urwał się tekst
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
:
:
zasilanie awaryjne naświetliło
jedynie rozmiar zniszczeń
oszczędzaliśmy energię ale
skracanie wersów już nie wystarcza
trzeba będzie w końcu napisać (a
zaprawdę będzie to koniec)
nic żeby opisać nic

Ogromnym walorem tej książki jest jej język. Świetna gra słów, do której nie jesteśmy – po dwóch poprzednich tomach Płatka – przyzwyczajeni i zamiast  płytkiego, zimnego morza mamy nagle głęboką wodę, w której trudno płynąć  spokojnie i pewnie.
 Kiedy wydaje mi się, że złapałam rytm, oddycham równo i nic mnie nie może zaskoczyć -  niespodziewanie zalewa mnie fala, ciągnie na dno, albo wyrzuca. Odnoszę wrażenie, że autor przeszedł ogromną metamorfozę, że po długich poszukiwaniach znalazł swój własny, odrębny sposób komunikacji. Sposób niełatwy i nieoczywisty, pełen symboli i ogromnej ilości nawiązań. Język „Awarii migawki” jest pełen pułapek i złudzeń, przy lekturze trzeba nieustannie mieć się na baczności, trzeba szukać, kombinować i kluczyć.
„Awaria…” to książka pełna nawiązań, sam autor zresztą na końcu tomu ujawnia sporo z nich.  Sławomir Płatek świetnie „wykorzystuje” to, co przeczytał, przeżył i usłyszał, tworząc historię, która wciąga, kusi, by podążyć za białym królikiem.

„Jestem pewna, że są tam, och, takie piękne rzeczy! Spróbujmy udać, że znaleźliśmy sposób na przedostanie się tam, Kiciu. Spróbujmy udać, że szkło stało się miękkie jak gaza, tak żebyśmy się mogli tam przedostać” Lewis Carroll



Sławomir Płatek "Awaria migawki" Stowarzyszenie Salon Literacki  Gdańsk 2012


16.09.2013

A place in my heart - czyli całe popołudnie z Joe





I've seen trouble come,
All the tears I've cried
Trouble coming baby
But time's on my side

wiersz na cały tydzień



Przeczucie - RAINER MARIA RILKE


Jestem jako chorągiew w przestrzeniach
                                               bezbrzeżnych.
Czuję wiatry idące i muszę je przeżyć,
gdy w dole rzeczy nie poruszają się jeszcze i tylko
                                                                     się słyszy,
jak drzwi zamykają się lekko i kominy są pełne ciszy;
i jeszcze nie drżą okna, i jeszcze ciężki jest kurz.

Wtedy już czuję burze, wzburzony jak fala mórz.
I rozprzestrzeniam się, i zagłębiam się w sobie,
                                                                    i trwam,
i sam siebie odrzucam, i jestem całkiem sam
we wielkiej burzy.


tłum. Mieczysław Jastrun



14.09.2013

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY 27


czyli słitfocie, gołe cycki i cała reszta

Od kiedy pamiętam, zawsze się czegoś bałam, były to strachy bardzo różne, od pająków, po jazdę kolejką linową. Kiedy zaczęłam pisać, bałam się pisać tak, jak chcę, nie wierzyłam, że potrafię. Zawsze słuchałam innych, mądrzejszych od siebie i pisałam tak, jak oni uważali, że powinnam. Nie słuchałam siebie, nie patrzyłam na siebie i nie rozmawiałam ze sobą, bo po co?
We współczesnej poezji szczerość nie jest w cenie, wrzucą cię do wora z konfesją i tam sczeźniesz jako "poetka kobieca"; pół biedy, jeśli w towarzystwie Sexton albo Świrszczyńskiej, ale gorzej, jak trafisz na Poświatowską. Naczytałam się mnóstwa odmiennych teorii na temat tego co się powinno, a czego nie powinno w poezji, jak się powinno, a jak nie powinno pisać. Przez pewien czas nawet sama się na ten temat wymądrzałam, a tak naprawdę trzęsłam się ze strachu, ale nie przed
tym, że nie dostanę kolejnej nagrody, że nie wygram kolejnego konkursu, bo moje wiersze są zbyt mało konkursowe i nie podejmują form i treści, będących aktualnie na "topie poetyckim".
Bałam się, że nigdy nie napiszę tak, jakbym chciała, a spełnianie cudzych oczekiwań mnie po prostu zabijało. Bałam się do tego stopnia, że w ogóle przestałam pisać. Kilka miesięcy temu, w 38 roku życia coś we mnie pękło, ba! Walnęło z hukiem, aż rozleciałam się na małe kawałki i całe szczęście, bo zbieranie tych kawałków do kupy pozwoliło mi popatrzeć na siebie. Przyglądałam się owszem, ale jeszcze nie byłam pewna, jeszcze potrzebowałam potwierdzenia. Nie dostałam go, za to dostałam coś o wiele lepszego - kopa w tyłek. Kopa bolesnego, który uświadomił mi, że powrotu do tamtej osoby już nie ma, nie ma już tamtej Gałkowskiej, ale w takim razie jaka jest TA?
Zaczęłam ją odkrywać, najpierw przez powrót do pisania, przez oderwanie się od dawnej poetyki, przez próbowanie tego wszystkiego w poezji, z czym wg mnie na pewno sobie nie poradzę. Otóż okazuje się, że sobie radzę i to coraz lepiej, że w końcu mam to upragnione poczucie bycia tym, kim naprawdę chcę.Mam pisanie tego, co naprawdę jest tylko i wyłącznie MOJE. W tym momencie wróciła odwaga. Chciałam w jeszcze jeden sposób zmierzyć się ze sobą i stąd wniknęła sesja zdjęciowa z Rafałem Babczyńskim. Byłam pewna, że nikt, tak ja Rafał nie zrozumie mojej historii i nikt nie będzie potrafił jej pokazać. I miałam rację.
Rafał zrozumiał doskonale i jeszcze lepiej opowiedział to wszystko zdjęciami. I miałam również rację, bo okazało się, że dla niektórych osób to - pozwolę sobie na cytaty - "lecenie Playboyem" albo "robienie zdjęć gołych cycków" albo generalnie sugestie, że chodziło mi o pokazanie się.
Najbardziej niemiłym dla mnie zaskoczeniem było to, że takie stwierdzenia wyszły spod palców poetów, ludzi piszących wiersze, ludzi podobno obdarzonych szczególną wrażliwością. Skoro już  "się pokazałam" to objaśniam: nie chodziło drodzy koledzy i koleżanki o pokazanie tego, jaka jestem cudowna i jakie mam świetne ciało, bo wtedy zafundowałabym sobie sesję z mistrzem fotoszopa, a nie z jednym z najlepszych artystów w tym kraju.
Chodziło o zobaczenie siebie cudzymi oczami, o zobaczenie siebie naprawdę, o to, by już nie mieć pretekstu do odwracania wzroku. O zobaczenie siebie prawdziwej. Owszem, na niektórych zdjęciach
są rekwizyty, ale tylko dlatego, że one pokazują pewną historię, uwięzienia i uwolnienia. Potrzebowałam się uwolnić i zrobiłam to, potrzebowałam tej całkowitej szczerości, bez upiększeń, bez udawania. Potrzebowałam przekroczenia pewnych granic w sobie. I potrzebowałam wreszcie tej relacji twórca - tworzywo, bo tym razem to ja byłam tworzywem, a to była bezcenna lekcja, potrzebna lekcja. Rafał jest świetnym artystą, ale też świetnym człowiekiem, już wcześniej, robiąc wernisaż czy tworząc razem z Nim muzykę wiedziałam, że rozumiemy się w pół słowa i spotykamy w pół drogi. To widać również na tych zdjęciach.
Pewnie po tym poście dostanę kolejne dobre rady w stylu : "niepotrzebnie się tłumaczysz", "nie powinnaś tego pisać"' ,"całkowita szczerość nie popłaca".
A co popłaca? Zachowywanie się tak, by się nikomu nie narazić? Lubienie wszystkiego i wszystkich, by nie sprawić komuś przykrości? Poświęcanie swojego czasu i energii i pracy komus, kto nie potrafi tego docenić?
Niektóre z tych zdjęć Rafał wstawił na portal dla artystów plastyków. Pojawiły się tam komentarze tak różne od tych poetyckich, że aż mnie to zaszokowało, bo okazało się, że wrażliwość niektórych "poetów" to wrażliwość kuchennego taboretu. Jaka to jest cudna hipokryzja. Nasza koleżanka wstawiła swoje akty, więc albo udajemy, że nie widzimy, albo klikamy "lubię to", albo walimy chamskie teksty. Bo rzadko kto potrafi o tym rozmawiać. Rzadko kto spyta skąd ten pomysł, dlaczego to zrobiłam i dlaczego zdecydowałam się to opublikować. Bo nie publikuję nagich cycków Gałkowskiej tylko sztukę. Coś co nawiązuje do mojej poezji, do wierszy, w których bywam bardziej naga, niż na tych zdjęciach. Znając szanownych kolegów i koleżanki po piórze zapewne za chwilę doczekam się komentarzy, że piszę ten post, bo za mało się nade mną zachwycano. Nie zdziwiłabym się wcale, gdybym i to usłyszała/przeczytała.
Dlaczego powstał ten odcinek Dziennika? Ponieważ ja szanuję to, co tworzą inni, nawet jeśli mi się to nie podoba, ponieważ raz na zawsze chcę uciąć głupkowate komentarze i przytyki na swój temat. Dziś rano jeden z poetów mi powiedział, że "mężczyzna widząc piękno kobiecego ciała - zachwyca się, chłopiec - chichocze".
Dlatego życzyłabym sobie więcej "mężczyzn" czyt. "świadomych odbiorców". A tak już poza tym wszystkim, to każdy człowiek, nagi, czy ubrany, zasługuje po prostu na szacunek.

prace Rafała można zobaczyć tu: http://variart.org/galeria/2155-rdza.htm


fot. Rafał Babczyński

fot. Rafał Babczyński

fot. Rafał Babczyński




13.09.2013

coś na piątek trzynastego


* * *  - MARZANNA KIELAR


Powroty, odejścia.
A w tym wszystkim my, organiczne domieszki
uwięzione w lodzie: pozornie nierozpuszczalne wtrącenia.

Wulkaniczny pył wywiewany z ziemi, której nie chroni
                                                                        roślinność.

Będę jak drzewo w srebrzystym oprzędzie, grające przy
                                                                     drodze nocą.
Będziesz mieć powieki pod śniegiem, śnieg na brwiach;
wrośniesz we mnie jak pęd wszczepiony w krwiobieg
                                                                              konaru.

Wrócisz.


z tomu "Monodia" Wydawnictwo ZNAK Kraków 2006







07.09.2013

wiersz na dziś, jutro, pojutrze ...na zawsze

ROBERT LOWELL - Samobójstwo

Przychodzisz tylko w uciążliwych
halucynacjach nocy,
kiedy mój śpiący profetyczny umysł
doświadcza rzeczy
które się jeszcze nie zdarzyły

Czasami w snach
włosy wychodziły mi
z głowy garściami,
widziałem jak leżą
rozsypane na poduszce jak len

Czasami w snach
zęby chwiały mi się w ustach…
Kipi kasza, kipi kasza -
były ziarnkami grochu
kiedy je wypluwałem

Już więcej do ciebie nie przyjdę
i nie narażę się na pomoc, której uciekłem –
personel, pomrokę i psy,
tę grę w chowanego ze mną –
„Kuku, kuku. Tu jestem…”

Gdybym był przeżył
i mógł nie pamiętać,
że to się w końcu musi zdarzyć,
nawet dzieciom –
byłoby inaczej.

Jedno światło, dwa światła, trzy -
jest dzień i nie trzeba świateł.
Twój wóz, którego wypatruje , ciągle nie nadjeżdża,
niedoczekanie, żebym cię miał wyglądać
zza uchylonych ukradkiem drzwi.

Drzewa zawierają gałęzie i robią się czerwone,
ich zimowe szkielety trudno rozpoznać;
przyjaciel widywany rzadko
nie jest ten sam –
jak szybko nawet kiepska kuchnia pozera dzień.

Podchodzę do okna,
i nawet otwieram je na oścież –
pięć pięter niżej drzewa to krzaki i zielska,
zbyt niepozorne i małe
by odwlec upadek wróbla.

Dlaczego nie doszedłeś za mną tutaj,
tak jak chodziłeś za mną wszędzie?
Nie możesz tego zrobić
z mglistym poczuciem nieuchronności
ani stłumionym, lecz śmiercionośnym westchnieniem.

Czy zasługuje na zaufanie
dlatego że nie próbowałem samobójstwa –
czy też obawiam się
że ów egzotyczny akt
wykaże moją nieudolność,

bo nie wiem jeszcze, że błąd
naprawia praktyka,
jak nasze pierwsze amatorskie zdjęcia,
bez głowy, z połową głowy, przekrzywione
i prześwietlone fleszem?

tłum.Piotr Sommer





04.09.2013

the face on the piecyk





matko wszystkich poetek, które nic nie wiedzą
o sobie, oraz o tym, o czym chcą napisać
rozwieś nad ich głowami transparent z napisem:
"tota tua everyday always and together".

błogosławioną szminką na tej świętej szybce
wyraźnie zaznacz poziom, od którego głowa
napęcznieje i pęknie. jak w tanim horrorze
śnięte białka, rys twarzy, krew i spalenizna.

matko wszystkich wariatek, poetko nadobna
uwolnij nas od siebie, byśmy nigdy więcej
nie musiały pobierać lekcji gotowania
w samotności i w parze, na zwolnionym ogniu.


MG 04.09.2013


03.09.2013

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY 26

czyli: z życia polskiej poetki współczesnej

Od pewnego czasu prowadzę sobie cykl pod takim tytułem na Facebooku, takie totalnie spontaniczne komentarze do rzeczywistości, w której aktualnie się znajduję. Mojej własnej rzeczywistości, z moim totalnie subiektywnym na tę rzeczywistość spojrzeniem. Rodzaj nieregularnie pisanego dziennika. Ludzie polubią, albo nie; skomentują, albo nie. Parę razy wywiązały się nawet całkiem fajne dyskusje, ale dziś pod jednym z moich wpisów odkryłam próbę poddania mnie psychoanalizie, co mnie rozbawiło. Wydawało mi się, że już dawno przestałam być dla kogokolwiek 'solą w oku", a tymczasem okazuje się, że nadal są chętni do tego, by "dopasować" mnie do własnych wyobrażeń. I po co? Mam lat trzydzieści osiem i doskonale wiem, co spierdoliłam, ale też doskonale wiem, co spierdolili inni. Ta wiedza pomaga się całkowicie zdystansować. Ta wiedza pomaga się całkowicie znieczulić. Rzeczywistość to syf, w którym tkwimy niekoniecznie i nie zawsze z własnej woli, więc trzeba sobie jakoś ten syf zorganizować, poukładać po swojemu, posegregować jak pranie: białe z białymi, kolorowe z kolorowymi, czarne z czarnymi. Kiedy nam się coś z czymś pomiesza, to najwyżej zafarbuje, zmieni kolor, wstąpi się pod wpływem wysokiej temperatury i przestanie pasować. Ale nadal to nasza pralka i nasze pranie, a w związku z  tym - nasz problem. Gdybym mogła, to bym stąd uciekła, gdzieś - nie wiem gdzie, pewnie w góry, pewnie z dala od ludzi, których usilnie staram się lubić, a którzy sprawiają, że jest to coraz mniej wykonalne. Codziennie biorę udział w tworzeniu PKB, codziennie narzucam na siebie te wszystkie konieczne ubranka, w których należy i wypada się pokazać, ale potem, po ośmiu godzinach bycia przykładnym członkiem społeczeństwa (poprawność polityczna powinna mnie skłonić do napisania: członkinią) nareszcie mogę wrócić do siebie i do poezji, do wyrażania własnych opinii i brania tego "na klatę". Całkiem nieźle znoszę krytykę, ale próby amatorskiej psychoanalizy, w dodatku przeprowadzane przez podstarzałych lowelasów, próbujących na stare numery podrywać młode poetki na zlotach wywołują u mnie pusty śmiech. Akurat cykl "z życia polskiej poetki współczesnej" zawsze będzie monologiem i jeśli ktoś znajdzie w nim coś dla siebie - będzie mi niezmiernie miło, jeżeli po kimś to spłynie - również będzie mi miło, ale jeżeli ktokolwiek sądzi, że nagle zacznę pisać tak, jak się komuś wydaje, że powinnam, albo że mogłabym, to jest w błędzie. I nie obchodzi mnie na jakim to niby poziomie jestem i na co to niby mnie, jako poetkę stać :)
Stać mnie widocznie na to, co piszę, co robię i jak sobie segreguję to moje pranie i jak sobie powieszę - tak będę miała wygniecione :) I nie przeszkadza mi bycie starą i nudną "banalistką", nie przeszkadza mi to, że nie jestem "na czasie", że nie piszę tak "jak się teraz pisze", że nie mówię tego "co się teraz mówi" i nie wyglądam tak, jak powinnam "w tym wieku wyglądać". Zanim ktoś zarzuci mi pozowanie na buntowniczkę wyjaśnię, że bunt dawno mam za sobą, najwidoczniej jestem po prostu nieprzysiadalna :)
Podejrzewam, że to, co tutaj napisałam spowoduje, że znowu wylecę ze znajomych kilku osób na FB, bo jak wiadomo dziś to największa towarzyska kara :)
A jak to się ma do poezji? Ano tak, że powstaje kolejny wiersz. :)

Z wyrazami szacunku
Wasza itd ...