Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


05.01.2014

„zderzenie z niezidentyfikowanym” – Sławomir Płatek „Wiersze dla Sophie Marceau i innych kobiet, z którymi spałem"



Praktycznie zawsze, gdy coś piszę – słucham muzyki. Dziś padło na Beth Hart i okazuje się, że podświadomie wybrałam idealny podkład pod lekturę tego tomu.
Kiedy po raz pierwszy czytałam „Wiersze dla Sophie Marceau…” pomyślałam, że tak lirycznego Sławomira Płatka nie było mi dane jeszcze czytać. Po kolejnych czytaniach zadałam sobie pytanie „jaki to jest liryzm”? Wg Słownika Języka Polskiego Liryzm – to uczuciowość i nastrojowość przejawiająca się w dziełach sztuki lub czyimś zachowaniu.
Nastrojowość – jak najbardziej, a uczuciowość? Nieco „przydymiona”, szorstka, zawoalowana. Jest jak butelkowe szkło, wyłowione z rzeki, o wygładzonych nieco krawędziach, z którym jednakże należy obchodzić się ostrożnie, bo nie wiadomo, czy jednak nie skaleczy. Siedzę na podłodze sypialni, pomiędzy elektrycznym gniazdkiem, a nocnym stolikiem, a tak naprawdę jestem w kolejnych zatłoczonych, albo pustoszejących knajpach, bardziej lub mniej snobistycznych, w barach, na kolejnych okołopoetyckich afterach , słowem – wszędzie tam, gdzie zabiera mnie podmiot liryczny., bo przecież:

[…]wiersze dobrze się łączą z knajpami. to rodzaj
koktajlu. albo toksyczny związek.[…]
(„psalmodia”)

Toksyczny, zwłaszcza kiedy siedzi się z poezją, a nie z kobietą? Peel ma rację kiedy mówi, że nikt z nas nie potrzebuje kolejnego wiersza z cyklu „siedzę w knajpie i jest mi źle, jak tym o’harystom piszącym eposy pawiem nad ubikacją bez klapy” („psalmodia”); ale jak pisał Larkin: „każdy widzi zmory, abstynent, czy opój”. Co w takim razie jest zmorą peela?  Miłość, czy jej brak? Poezja, czy jej brak? A może wszystko jest wszystkim: poezja – miłością, miłość – poezją, a stan upojenia zawsze ten sam? Sławomir Płatek doskonale buduje ową nastrojowość. Jest klimat jak z Waitsa, jak z Fisha i osobiście nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z większości tych wierszy, można by stworzyć playlistę utworów Marillion, ale wróćmy na razie do Płatka.
Wspomniałam o słuchaniu Beth Hart nieprzypadkowo, ma kobieta w głosie autentyczny ból i niezgodę na brak i dokładnie to odnajduję w wierszach z „Sophie Marceau”. Gdyby pójść na interpretacyjną łatwiznę – mamy faceta w średnim wieku, poetę, który – jak to poeta – szlaja się po knajpach, zarywa panny pozując bądź na niezrozumianego intelektualistę („torch song’), bądź na wytrawnego (nomen omen) znawcę win i życia („amok”), bądź jest małym gnojkiem, który z zemsty za przegraną w konkursie poetyckim uwodzi żonę laureata („o kryteriach oceny literatury współczesnej”). Podmiot liryczny wszystko (przepraszam za określenie) wybebesza., a jednak mam podejrzenia, że ta konfesja jest tylko pozorna, że - w myśl zasady, iż najlepszą bronią jest atak  - peel sprzedaje nam „głodne kawałki”, jak np. w wierszu „Pianista grał do końca”:

„szare wstęgi słów. cygara. wino bukiety noc. ale kto
myśli o winie kiedy na stołach wiotczeją kolejne
kobiety i łzawi kolejna wódka […]”

To jasne, że o winie nie myśli nikt, wina jest sprawą sumienia, sprawą w tym momencie drugorzędną, spychaną na dno świadomości, a czytelna jest tylko potrzeba, gdy woli się „tę barmankę która właśnie teraz na zapleczu grzęźnie w ustach drugiej barmanki”; czytelna jest potrzeba,
gdy „[…] w prawdziwym żalu i winie/ rozlanym nawiedza mnie Odwieczny/porządek siew i fermentacja […]” („pascha”), czytelna jest potrzeba, gdy „ jej wzrok błąka się / między oknami” („pat”).  Jak najlepiej ukryć to, co naprawdę się czuje? Rzucając na pożarcie dobrze spreparowane emocje, dobrze spreparowany klimat i dobrze spreparowane wiersze. A wiersze są piękne,  są dopieszczone i doprowadzone do poetyckiej ostateczności. Tak dobrze, że nic dodać, nic ująć.  Pisząc to, co piszę, czytam ten tom kolejny raz i kolejny raz odkrywam kolejne „drugie dno”, schodzę do kuchni, obieram pomarańczę, wracam, jem pomarańczę, a sok spływa mi po palcach klejąc klawiaturę.  W tym czasie krystalizuje się pomysł na peela. Podmiot liryczny w wierszach Płatka próbuje w kolejnych kobietach „z którymi spał” odnaleźć tę jedną, jedyną, kiedyś spotkaną, kiedyś uwiedzioną, kiedyś kochaną, która nie wytrzymała próby czasu, a może peel jej nie wytrzymał? W sumie to nieistotne, ważne, że nosi ją w sobie jak stygmat, że jej szuka w każdej kolejnej i nie znajduje. Banał prawda?  Wszyscy o tym pisali, piszą i będą pisać, bo tak naprawdę każdy z nas pisze o miłości. A jednak nie banał, a jednak własny głos i choć czasem jednak frazowanie a’la O’Hara, to w moim przekonaniu całkowicie zamierzone. W ogóle Płatek świetnie rozgrywa ten sztafaż, buduje scenerię, całkiem naturalnie wchodzi w rolę, by się z niej niepostrzeżenie wyśliznąć.
 I tu zadanie dla wnikliwego czytelnika, by dostrzec ten moment, w którym „[…] wiosna nadchodziła w rzeczy samej/ i uwalniała słowa jak co roku […]” („melodramat”).
Sławomir Płatek w swojej książce właśnie tak uwalnia słowa, powoli, etapami,  nie czyniąc rewolucji w języku, nie kombinując, nie siląc się na oryginalność i tym wygrywa. Czytelnik płynąc przez kolejne wiersze nagle zdaje sobie sprawę, że może i nawet już o tym gdzieś czytał, że może nawet już to zna, że może nawet brzmi to podobnie do czegoś innego, ale jest odrębne i (nienawidzę tego określenia) osobne. Osobne na tyle, na ile indywidualne jest doświadczenie jednostki; na tyle, na ile odrębna jest każda emocja, jakkolwiek nie zostałaby zapisana. Siła tego tomu tkwi w emocjach, z tym, że te emocje nie są nachalne, nie są wywalone na wierzch, tlą się gdzieś podskórnie i domagają uwagi. Ujmująca ta konfesja i nawet teraz, gdy to piszę, zdaję sobie sprawę, że jutro napisałabym coś więcej, że jutro, kiedy znów przeczytam tę książkę – znajdę w niej kolejne tropy, że zobaczę w niej kolejną wersję siebie, bo to jest w gruncie rzeczy tak proste, jak śpiewa Beth Hart : „I loved and lost. The same as you. So you see. I know. Just what you've been through”.
I na koniec mój absolutnie ulubiony wiersz z tego tomu:

wiersz do szafy

może być szafa. nie kwartalnik tylko knajpa
w tym „zawsze polskim” mieście turystycznym wszystko zamykają
po północy bo niemcy idą spać. a szafa jest otwarta. co prawda
drugi garnitur ale widzisz nie o tym chciałem.

nigdy nie mieliśmy specjalnie o czym rozmawiać
po prostu było za późno na rozmowy. obeszliśmy się
bez tego etapu. szkoda słów. miałem kupić cygara
dwa wielkie churchille. to byłoby zabawne
ukradłem też w pracy butelkę świetnego barolo
chciałem być tak pretensjonalny jakim mnie lubiłaś.

od dawna czekałem aż się pojawisz
krztusząc się przekrojem rocznika 99 z rioja
rzygając tokajem aszu wszystkich putonów
żrąc trufle z prezesami wiceprezesami
w lokalach gdzie kelnerami sa ostatnie trzy pandy na ziemi
zagryzając wargi żeby nie przypierdolić jakiemuś handlowcowi
ze złotym sygnetem albo zębem już nie pamiętam
zasypiając na blatach open barów dla vipów
to wszystko dla ciebie takie czary. miałaś być ciemną stroną
tego raju, wiedziałem że muszę wytrzymać. teraz też
próbuję nie zasnąć piszę wiersz


muszę wytrzymać bez ciebie.




2 komentarze:

  1. Po "Świętokradztwie" Jana Oskara Tauschinskiego, ten tomik Sławka to najlepsza książka jaką czytałem w zeszłym roku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no! cieszę się Krzyś, że mamy podobne odczucia, ja się zackochuję w tym tomie z każdym kolejnym czytaniem

    OdpowiedzUsuń