Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


13.06.2014

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY 33

"niech nasza bajka trwa" czyli: Franaszek, nominacje i ból dupy, a poezja polska.

Zdaję sobie sprawę, że może odgrzewam trochę przyschnięte już kotlety, ale celowo czekałam, aż emocje opadną, bo na temat artykułu Andrzeja Franaszka napisano już właściwie wszystko. Entuzjaści współczesnej, poetyckiej nowomowy powiedzieli swoje, feministki powiedziały swoje, pojawiły się też nieliczne, sensowne i dobrze uargumentowane wypowiedzi (patrz Marysia Beszterda w GW) nawet bogu ducha winny bohater artykułu Mariusz Grzebalski na ostatnim spotkaniu w CK Zamek w Poznaniu również powiedział swoje. Zabawne jest to, że tak powszechnie hejtowane, poetyckie życzenia Franaszka spełniły się w pięknym stylu, kiedy Mariusz otrzymał w kategorii książka roku nagrodę Silesiusa za  tom "W innych okolicznościach". Osobiście doskonale rozumiem Franaszka i jego tęsknoty, choć zgodzę się z opinią, że ujął je dość nieudolnie i strzelił sobie w krytyczną stópkę, niemniej jednak postulat poezji, która gwarantuje przeżycia nie tylko intelektualne, ale też emocjonalne jest mi bardzo bliski. Bez obaw, w tym poście nie będzie nic o tomie Mariusza, tę rozprawę zostawiam sobie na osobny wpis :) W związku z kolejnymi nominacjami do kolejnych nagród, werdyktami różnej maści jurorów itp. mamy wysyp wypowiedzi i artykułów "na temat". Przyznaję, werdyktem Silesiusa w kategorii debiut zachwycona nie jestem, ponieważ (jak wielu moich szanownych przedmówców w tym temacie) również uważam, że najbardziej ta nagroda należała się pozostałym współnominowanym, z tą jednak różnicą, że wg mnie powinien ją dostać Kamil Brewiński i nie dlatego, że nie unika (znienawidzonego przeze mnie do imentu) "semantycznego i składniowego ryzyka", ale dlatego, że to cholerne ryzyko jest wpisane w jego twórczość; że ten facet poezję nie tylko rozumie, ale także - a może przede wszystkim? - czuje. No nic, wygrała poezja bezbarwna, pozbawiona nerwu i przewidywalna. Nie pierwszy i nie ostatni raz, więc przełknijmy i dajmy żyć  Martwi mnie bardziej co innego: a mianowicie to, że może Franaszek ma jednak rację? Przeczytałam niedawno wpis na blogu jednego z poetów i organizatorów/działaczy, który narzeka na fakt, że na spotkanie z innym, mądrym, ciekawym i sensownym poetą prawie nikt nie przyszedł, podczas, gdy na spotkania grafomanów różnej maści walą tłumy. Byłam na wielu spotkaniach mądrych, sensownych i ciekawych poetów, na których było góra siedem osób. Sęk w tym, że rzesze mądrych, sensownych i ciekawych poetów piszą tak, że niezorientowany w temacie, niewyrobiony literacko czytelnik nie będzie w stanie tego zrozumieć, że wszystkie konotacje, smaczki, intertekstualne puszczanie oczek pozostanie niezauważone, bo wygra miła, prosta i toporna grafo o dupie maryny. Tu można by rozwinąć dyskusję o tym czego od poezji oczekuje czytelnik, ale bądźmy szczerzy - czytelnik nie wie, czego ma oczekiwać, bo nie jest wyedukowany, więc bierze jak leci i co za serce chwyta, a, że akurat mądra, ciekawa i sensowna poezja za serce nie chwyta, a jeśli nawet, to nie bezpośrednio, to poza nami nikt jej tak naprawdę nie doceni. I w tym momencie już dzielimy poezję i czytelników, a wg mnie nie można wymagać od humanisty, żeby myślał jak inżynier i vice versa. Druga strona medalu - czy wobec tego poeta powinien pisać tak, by być zrozumianym? Nie, poeta niczego nie powinien, poeta może chcieć i walczyć. Dlatego śmieszą mnie utyskiwania na niską frekwencję na spotkaniach poetyckich; dlatego śmieszy mnie obarczanie wyimaginowaną winą kogo popadnie, podczas, gdy problem tkwi w nas samych. Nie zmusimy czytelników, żeby mas słuchali, możemy ich tylko zachęcić i tu jest kolejny wybór - jak to zrobić.
Wiola Grzegorzewska pisze na Porcie Literackim w artykule "Przeciw festynizacji kultury" pisze :"Moim zdaniem nagrody literackie mają sens wtedy, kiedy towarzyszą im działania kulturotwórcze: organizatorzy angażują publiczność, przygotowują panele dyskusyjne, warsztaty dla młodzieży oraz spotkania z autorami.[...]Jeśli zaś nagroda jest tylko sezonową zadymą medialną połączoną z huczną galą i afterparty, to zdecydowanie nie wpłynie ona na wzrost zainteresowania książkami." - i tu całkowita zgoda. O Porcie Literackim i Nagrodzie Literackiej Gdynia była już mowa, dlatego chcę nadmienić o Nagrodzie im. Klemensa Janickiego, której wręczenie towarzyszy festiwalowi Poznań Poetów i jest jednym z wydarzeń festiwalu. Co z tego, skoro na Poznań Poetów zapraszane są wciąż te same nazwiska, jak gdyby organizatorzy bali się zaryzykować, bali się pokazać kogoś mniej znanego, nie otrzaskanego z korytem i tzw środowiskiem? Co z tego, że są spotkania autorskie, na których zwykły czytelnik boi się zabrać głos, bo najczęściej po prostu nie wie o co zapytać? Z całym szacunkiem dla Zadury, Sosnowskiego i całej reszty śmietanki, ale do dwudziestolatków bardziej trafią Domagała - Jakuć, Brewiński, Koteja, Taranek i Sajkowski.  Trafią nie dlatego, że to poezja lekka łatwa i przyjemna, ale dlatego, że mówią językiem dwudziestoparolatków, że ich twórczość nie jest poetycką masturbacją, że nie odcinają kuponów, bo nie mają od czego i nie mają powodu. Kto - poza garstką zainteresowanych - słyszał o Dominice Kaszubie i Ani Mochalskiej? Taka twórczość ma szansę wpływać na wzrost zainteresowania książkami, bo na pewno nie wpłynie nagradzanie debiutów smakujących jak dziesiąty raz odgrzewany hamburger. Obecna sytuacja w literaturze przypomina mi trochę polskie kino lat dziewięćdziesiątych, kiedy w prawie wszystkich filmach grali: Linda, Pazura, Kondrat, Lubaszenko, a młodych zdolnych w owych czasach obsadzano co najwyżej w romantycznych komediach na żenującym poziomie.. W naszej piaskownicy do znudzenia te same nazwiska, a jak już jest szansa na rozkręcenie serialu na poziomie, to główną rolę dostają klony. I rację ma Wiolka pisząc, że nagrody literackie powoli stają się nagrodami wydawnictw albo nagrodami jurorów i to ich głównie promują, a nie tych, których powinni. Najświeższy przykład - Złoty Środek Poezji, który po śmierci Artura zawłaszczył sobie TOPOS i zrobił sobie " przez TOPOS, z TOPOSEM i w TOPOSIE" w stylu : dzięki ci składamy, bo wielka jest chwała twoja.  Możemy coś z tym zrobić? Nic nie możemy, jedynie się powkurwiać, a potem ponabijać z własnej zapalczywości. Możemy za to zorganizować społeczną zrzutkę na wydanie dobrych książek, jak np. w przypadku Joasi Dziwak czy Piotra Janickiego. Inicjatywa świetna i jak widać - działa, w dodatku staje się alternatywą dla trzęsących dupskami wydawnictw. Co jeszcze możemy? Przestać się obawiać konkurencji i mówić głośno o tych, których pisanie warto poznać, przestać się obawiać, że zajmą nam miejsce na półce, bo zaprawdę powiadam wam, półka owa nieskończenie długa jest i wszyscy się spokojnie zmieszczą. Obawiam się jednak, że trochę trudniej będzie się pogodzić z faktem, iż młodzi zdolni sprzątną nam sprzed nosa pieniążki z prestiżowych nagród. Mnie osobiście trudniej jest się pogodzić z tym, że promujemy głównie swoje (mniej lub bardziej naruszone) tyłki. Nawet niektórzy z tych robiących coś dla innych, dbają głównie o to, by to ich działania zostały zauważone. Uprzedzając ewentualny hejt: tak, jestem niereformowalną czterdziestoletnią idealistką,  nienawidzącą lansu i pozerstwa. Konkludując: komu potrzebne są nagrody? Poetom, jurorom i wydawnictwom. Komu powinny być potrzebne? Czytelnikom.


3 komentarze:

  1. z jednym szczegółem: te dwa spotkania, które opisałem i na który to opis się powołujesz, miały nieco inny charakter. mój wpis był zresztą ironiczny, ale mogę dwa zdania poważniej:
    40 osób piszących poezję i nieźle osadzonych w "środowisku" pojawiło się na wieczorze z turniejem. znają się od lat, piszą, startują, publikują (wszyscy w tym samym piśmie u tego samego "szefa działu poezji"). spytałem paru z nich, czy przyszliby na spotkanie z Meleckim lub Grzebalskim. odpowiedzi były takie: a kto to jest?

    jeden z nich powiedział im wprost: Sławek, na na takie spotkania przychodzę, żeby się najebać i pośmiać.

    ok, przecież to nic złego - spędzić czas na wesołej imprezie, napić się alkoholu itd. ale jeżeli to jest nie OBOK rozmowy o literaturze, tylko ZAMIAST, to potem trudno się dziwić, że lokalna czołówka poetycka nie wie, kto to jest Mariusz Grzebalski. i że - mówiąc Franaszkiem, "nikt nie czyta nowej poezji", nawet poeci. nikt im za to nie płaci (nie ma turniejów w czytaniu cudzych wierszy), a w tym czasie, kiedy czyta książkę, mógłby się "najebać i pośmiać".

    wina organizatorów, to oczywiście, tak jak piszesz, dobór nazwisk, uparte przywiązanie do "pokolenia brulionu", środowiskowy nepotyzm (Topos), zły podział funduszy, wszystko co piszesz. ale nie tylko. nie narzekam, po prostu, tak jak Ty, piszę co myślę - jak niektórzy organizatorzy, czy nawet sami poeci, zabijają zdrowe zjawiska.

    S.P.

    OdpowiedzUsuń
  2. ok. po prostu tak to odebrałam, zabrzmiało dla mnie jak narzekanie, ale w takim razie mamy wyjaśnione, jeśli chodzi o lokalną czołówkę poetycką, to smutne co piszesz, ale niestety powszechne. wspomniałeś o tym "płaceniu" wiesz że, rzadko kto chce płacić autorom za czytanie,autor niejednokrotnie jedzie za zwrot kosztów i nocleg plus ewentualnie za to, co ma ze sprzedaży książek ale robi to na własne ryzyko i musi liczyć się z tym, ze może nie przyjść na jego spotkanie nikt lub 5 osób na krzyż. o tych co nie przyjdą, bo za słuchanie nikt im nie płaci zapewne nie muszę mówić jakie mam zdanie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Co jeszcze możemy? Przestać się obawiać konkurencji i mówić głośno o tych, których pisanie warto poznać, przestać się obawiać, że zajmą nam miejsce na półce, bo zaprawdę powiadam wam, półka owa nieskończenie długa jest i wszyscy się spokojnie zmieszczą. --> fajnie ujęte...

    OdpowiedzUsuń