Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


05.07.2014

z życia polskiej poetki współczesnej 1


Piątek, a wiadomo, że w piątek normalnie być nie może, więc piątkowo było już od rana, gdy do kawy poczytałam fejsa, Szczególnie piękną historię o szczęśliwym małżeństwie, w której (historii) ona umarła na raka, więc on się powiesił. Z tego wszystkiego po wyprasowaniu odzienia wyjęłam wtyczkę od żelazka razem z gniazdkiem, ale nic to, bo w końcu eks małżonką zawodowego elektryka będąc - gniazdko przykręcić, uziemić itp rzeczy potrafię, tylko gdzie do jasnej cholery podział się śrubokręt, skoro zawsze był?! Przypomniałam sobie, że go ostatnio używałam, hmm tylko do czego? (a gniazdko na kablach wisi i straszy, dziura zieje), przeszukałam wszystko co mogłam, znalazłam owszem, w przyborach do szycia (sic!). Przykręciłam, sprawdziłam, prąd jest. Przyodziawszy się w wyprasowane, zmuszona byłam udać się w miasto, w celu "załatwienia sprawy". Niewiele myśląc odpaliłam środek lokomocji rowerem zwany i ruszyłam, przejechałam 100 m, czuję, ze coś nie gra, bo gapi się na mnie idący drugą stroną ulicy wydziarany ziom i dziwnie się uśmiecha. myślę - no piątek, no rano, no dobra. Jadę dalej, dwa samochody na mnie zatrąbiły, zestresowana patrzę czy pod prąd nie jadę, a kierowcy się gapią z bananem na pysku. Kurde?! Pewnie się - jak to ja - czymś upaprałam przy śniadaniu. Jadę dalej, muszę nagle gwałtownie hamować i tu oto okazuje  się co ich tak bawiło. Otóż przyzwyczajona ostatnio do tego, że nie chodzę tylko jeżdżę nie pomyślałam, ze jazda w spódniczce mini na rowerze to tak raczej nie bardzo, W ogóle jakoś nie myślałam. 
Taka sytuacja. No nic, skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, Dojechałam nerwowo obciągając spódnicę jedną ręką, drugą prowadząc i usiłując nie rozjechać wszystkiego po drodze. Podejrzewam, że sporo Poznańskich kierowców miało niezły ubaw. 
Co działo się w pracy, to już nawet nie chce mi się gadać - totalny Mordor. W drodze powrotnej, przed marketem Lidl będąc uprzejmą próbowałam puścić przodem harleyowca, a on się uparł, żeby mnie przepuścić i tak staliśmy jak debile, Oczywiście w końcu ruszając razem mało byśmy się nie pozabijali, ale przynajmniej nawiązał się całkiem miły dialog, że ja na rowerze on na motorze, ja że motory owszem, ale jednak ścigacze, on, że nie wiem, co tracę, On poszedł na dział alkoholowy, ja na warzywny, bo dobre bakłażany mają. Ok z dwiema siatami na kierownicy wracam powoli do domu, już niedaleko, już za chwileczkę już za momencik, Dobijam do bramy, szukam w torbie klucza, który (analogicznie do śrubokrętu) przecież kurwa mać gdzieś tu był! Szukam, nie wymienię, co z torby wyjęłam bo wstyd. 
Już mam czarną wizje, że nie wzięłam, że w pracy zostawiłam, że mogiła (dziecko 150 km od domu), że ja przez płot owszem, siaty owszem, ale rower? Że przyjedzie miły pan policmajster na motorze i mnie oskarży o włamanie na własną posesję? 
Uff znalazłam. otworzyłam drżącą ręką, wturlałam się z tym całym majdanem. 


Jesu! Piątek! Wolny weekend! PRZEŻYŁAM!

 


2 komentarze: