Poeta to Atlantyk i lew w jednym. Gdy ten pierwszy nas pochłania, drugi nas pożera.
Jeśli ujdziemy kłom, nie ujdziemy falom.
Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje, jest zarazem bestią i powodzią. - Virginia Woolf


22.01.2016

DZIENNIK JAWNOGRZESZNICY 43

czyli dziadek Edek i inni

Dni babci i dziadka zawsze powodują u mnie poczucie niesprawiedliwości, mam pretensje właściwie nie wiem do kogo, chyba do losu, że tak właściwie pozbawił mnie dobrodziejstw posiadania babć.
Babcię Bogumiłę znam tylko ze zdjęć, odeszła, gdy miała 30 lat, niezbyt wiele o niej wiem niestety, jednak zamierzam poznać tę historię, bo coś mi mówi, że będzie zaskakująca, do tej pory niewiele się dowiedziałam, poza tym, że była dobra i piękna. Dziadka Stanisława widywałam rzadko, raz, dwa razy do roku. Mieszkał daleko, ale przysyłał listy, zawsze wiedział gdzie jestem na wakacjach, jakie mam oceny na świadectwie, pamiętał o urodzinach i imieninach.
Dziadek Stanisław był trochę jak święty Mikołaj, pojawiał się uśmiechnięty, pachnący wodą kolońską, trzymał mnie na kolanach, pozwalał gadać bez ustanku, zabierał na lody. Raz jeden w ferie zimowe, które spędzałam u cioci poza Poznaniem udało mi się ją uprosić, żeby zawiozła mnie do dziadka i wtedy spędziłam z nim 5 dni, fantastycznych dni, takich "na zapas" i "na zawsze", przeżytych gorączkowo, żeby starczyło na dłużej, żeby mieć co pamiętać.
Babcia Stefania odeszła, gdy miałam 2 lata, mam jedno wyraźne wspomnienie, gdy trzyma mnie na kolanach i karmi czymś z michy, chyba kaszką, bo to coś było paskudne. Ma na sobie fartuszek w kwiatki, na głowie walki, które są przytrzymane siateczką, ja wcale nie jestem zainteresowana jedzeniem, za to wałkami jak najbardziej. Pamiętam też jak stałam w drzwiach od pokoju, gdy sanitariusze pogotowia zabierali babcię do szpitala. Już nie wróciła.
Dziadek Edmund zwany dziadkiem Edziem, najlepiej zapamiętany, najukochańszy, zrobił mi kołyskę dla lalek, smażył powidła, wymyślał dla mnie bajki, sam robił lemoniadę. Latem napełniał stojącą na ogrodzie wielką blaszaną wannę, w której chlapałam się godzinami. Zabierał na wielogodzinne spacery, na których pokazywał przyrodę, opowiadał o zwierzętach. Dużo razem śpiewaliśmy choć nie pamiętam jaki miał głos, za to pamiętam, że śpiewać uwielbiał. Gdy miałam 5 lat nauczył mnie czytać i tym uszczęśliwił mnie na resztę życia :) Miałam okazję być na jego ślubie z moją drugą babcią, Stanisławą. Dziadek odszedł gdy miałam 8 lat.
Babcia Stasia - właściwie była jak prawdziwa babcia, bardziej surowa niż dziadek, raczej trzymała nas krótko, bo była nas spora gromada i narozrabiać potrafiliśmy. Sama mogła nas sprać ścierą po głowach, ale niech ktoś by tylko spróbował cokolwiek złego na nas powiedzieć. Wtedy babcia zamieniała się w Xenę - wojowniczą księżniczkę, że bez kija nie podchodź. Wyobrażałam sobie wtedy, że jest "kombojką" z prawdziwym Coltem i robi porządek w dzielnicy :)
No i oczywiście prababcia Magdalena, ciągle przeze mnie wspominana i cytowana, odrabiająca wszystkie obowiązki babć i dziadków, zawsze gotowa pomóc, fantastycznie gotowała, nigdy nie uszło jej uwagi, gdy się próbowało coś skubnąć z gara :) Nauczyła mnie grać w karty i warcaby i chińczyka i w grzybobranie. Najpierw to ona mi czytała książki, a gdy już była wiekowa i oczy odmawiały jej posłuszeństwa ja czytałam jej. Z babcią można było pogadać o wszystkim, nigdy nie kłamała, zawsze powiedziała prawdę. Odeszła w wieku lat 98, zdążywszy poznać swoją praprawnuczkę.
W takie dni brakuje mi ich bardziej, niż zwykle, zastanawiam się jak by dziś wyglądali, jacy by byli?
Jestem jednak pewna, że kochaliby tak samo.



3 komentarze:

  1. Ja miałem dwie babcie i dziadka ale to zupełnie inna i długa historia...
    Jawnogrzesznica ma prawo i obowiązek szukać swoich korzeni bo charakter dziedziczymy właśnie po dziadkach i warto się dowiedzieć skąd się u niej to wszystko bierze...

    OdpowiedzUsuń